Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruskie elfy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ruskie elfy. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

Fanfikocepcja

Tak właściwie, to w moim nowym zajebistym quest fantasy znajdują się i Dima, i Kirył, a raczej ich alternatywne fanfikowe wersje stworzone na potrzeby Inkwizycji, ale mimo wszystko ewoluujące z moich dwóch nienapisanych powieści będących fanfikowymi inspiracjami Eterną i Lackey. Tak. To trochę podobnie jak z Olgą, Fahimi i Kesslerem, którzy są fanfikowymi wariacjami na temat tego samego bohatera z Leijiverse. Ja wiem, z którego bagna wypełźli moi bohaterowie, nawet jeśli nikt normalny by się nie domyślił.
Ale tak poza tym jestem poważnym i kompetentnym pisarzem, a jak tylko przejdę Inkwizycję po raz kolejny biorę się za pisanie.

wtorek, 4 września 2018

Skala przegrywu

Jestem pewna, że znacie tego mema aż do urzygu, ale postanowiłam zrobić własną wersję z bohaterami z moich opek. Mam tu: Rude, Ruskie elfy, Anestezjologa, Słoneczniki, Czarnoksiężniczkę, Władzia, Podróże w czasie i Grzybobranie. W przypadku Reptiliady i tamtego postapo z wierzbownicą jeszcze nie do końca rozkminiłam bohaterów, a Romanow jest w ogóle poza takimi rozważaniami.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Różne

Miałam problemy, ale trochę odblokowałam się z pisaniem Władzia po tym, jak wywaliłam jakieś 500 słów wczorajszego tekstu. Pamiętajcie, dzieci, nie róbcie tego podczas NaNo, bo podczas NaNo nie kasuje się ani słowa, ale w tym przypadku akurat musiałam uważać na łączną ilość znaków, a także żeby odpowiednie punkty fabularne przypadały na odpowiednią długość tekstu, więc popełniłam ten niewybaczalny błąd pisania i redagowania jednocześnie.
Poza tym mam już chyba tytuł dla Władzia: Bukiety pełne klątw. Z perspektywy melodyki tytułu bardziej by mi pasowało Bukiety pełne przekleństw, ale przekleństwa raczej kojarzą się z "wydupiaj parchaty odinsonie", a nie zaklęciami.
Poza tym myślałam o głównych bohaterach trzech tekstów, które najbardziej leżą mi w tej chwili na sercu, to znaczy o Dimie z Ruskich elfów, Kiryle z Rudego i Lysanor z Czarnoksiężniczki. Generalnie kiedyś miałam tendencję do pisania wszystkich moich głównych bohaterów w podobny sposób, to znaczy jako depresyjnych introwertyków z tendencjami autodestrukcyjnymi i samobójczymi, ale na szczęście napisałam Małpę i maglowanie tego samego bohatera w tym właśnie typie przez 100+ k chyba rozszerzyło mi trochę horyzonty. Teraz mam wrażenie, że już się uwolniłam od tego typu bohatera i jednak moi protagoniści między sobą się różnią. Nawet nie mówię już o głównych bohaterach opowiadań, bo to trochę ćwiczenie literackie, a Romanow czy Piotrek są raczej dla mnie wyjątkami.
W każdym razie mam tendencję do tego, żeby charakteryzować moich głównych bohaterów na bazie sprzeczności, ale to akurat uważam za fajny patent, bo prawdziwi ludzie też tak mają (już abstrahując od teorii Junga). W każdym razie Dimę początkowo pisałam jako ekstrawertyka, ale to nie miało za dużo sensu. Fakt, przez bardzo długi czas on pozuje na prostego żołnierza, dobrego dowódcę, ale nic poza tym - czy nawet nie pozuje, ale po prostu nikomu nie przyjdzie na myśl, że może być bardziej złożony - natomiast w gruncie rzeczy to jest bardziej intelektualista i jego główny talent polega na obserwowaniu i analizowaniu zjawisk. Co oczywiście przydaje się podczas wojny, ale wszyscy odgórnie założyli, że gdyby był inteligentny, to zająłby się innymi rzeczami.
Dalej, Kirył jest facetem-bluszczem, tak jak właściwie wszyscy faceci w tym tekście. I nawet specjalnie się tego bluszczenia nie wypiera, tylko z biegiem fabuły robi się coraz ważniejszy i bardziej kozacki, że aż nikt nie jest w stanie nawet pomyśleć, że mógłby być bluszczem. Wszystko to wynika z chęci ochrony siebie (całkiem racjonalnej, zważywszy że to mój ulubiony bohater do gnębienia) - i to, że na jednych się bluszczy, i to, że dla większości jest lodową statuą i najwyższym autorytetem.
Natomiast Lysanor zdarza mi się nazywać nieślubnym dzieckiem Azhrarna z Opowieści z Płaskiej Ziemi i Lokiego z Marvela, a więc dwóch postaci będącymi z charakteru swoimi absolutnymi przeciwieństwami. Z jednej strony ona jest boginią zniszczenia i moralność ma bardzo alternatywną, a śmiertelnikami przejmuje się tylko w takim stopniu, w jakim jest sama emocjonalnie zaangażowana. Natomiast w stosunku do niektórych osób jest bardzo zaślepiona na swoją niekorzyść i daje się robić w absolutnego wała, z jednej strony wierząc, że kontroluje sytuację, z drugiej strony żebrząc o odrobinę ludzkiej życzliwości ze strony osób, które mają ją gdzieś i wykorzystują w każdej sytuacji. Z jednej strony ma ego wyrąbane w kosmos jak przystało na boginię, a z drugiej strony robi z siebie podnóżek.
Chyba moją ulubioną rzeczą w rozwijaniu bohaterów jest to, w jak bardzo różny sposób może objawiać się ten sam i całkiem prosty zestaw cech. Nie kupuję tego, że komuś może zmienić się diametralnie osobowość, jeśli chodzi o podstawowe cechy i dążenia, natomiast bardzo mnie bawi oszukiwanie czytelników i zmienianie tego, jak te cechy się wyrażają. Z jednej strony bardzo lubię, jak takie zabiegi pojawiają się w książkach, które czytam (again: Eterna, WALENTYN PRIDD - czułam się tak bardzo oszukana przez autorkę i to było tak zajebiste), z drugiej strony wiem, że za niektóre moje zagrania podczas pisania, jako czytelnik pieprznęłabym książką o ścianę i nigdy więcej nie sięgnęłabym po tego autora. Ale czasami jak widzę jakąś wspaniałą okazję, to nie mogę się powstrzymać. (Ach, opko o podróżach w czasie, pisane tylko po to, żebym mogła przemycić jedno perfidne świństwo). Może to kwestia tego, że chciałabym sprawdzać moje skille pisarskie pod względem tego, czy mogę skłonić czytelników do myślenia o bohaterach akurat tego, co planuję, w tym konkretnym czasie. A wszystko przez jednego posta na tumblrze na temat Władimira Nabokowa.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Z lasu

Wczoraj wieczorem wróciłam z tygodniowego pobytu w głuchym lesie, dzisiaj jak przyjechałam z uczelni (nie polecam roweru w tę pogodę) okazało się, że moja pralka się popsuła i prałam stos ubrań z wyjazdu ręcznie. Zanim zaczęłam grać w to życie zamiast wybrać sobie jakąś rozsądną klasę postaci wybrałam klasę przegryw życiowy w której zamiast punktów umiejętności po każdym awansie rozdajesz punkty failu.
Na wyjeździe obejrzałam sobie Thory, chociaż nie jestem specjalnie w Marvelu, i może coś na ten temat później napiszę, ale co ważniejsze rozkminiłam tyle rzeczy do moich opek, że to się w pale nie mieści - byłoby jeszcze fajnie, gdyby to było do jednego opka, a nie do dwudziestu różnych, bo ilość rozkminionego materiału trochę się rozmywa, ale i tak jest fajnie.
Tak na szybko:

środa, 4 lipca 2018

Drzewa cd.

Drugi dzień wytężonej pracy i udało mi się ogarnąć tę parszywą genealogię. (Trzeci, jeśli liczyć to, jak je układam w zeszłym roku, ale właściwie wszystko potem musiałam pozmieniać). Nadal mam lukę pokoleniową, ale nie jest ona aż tak duża, poza tym na początku lat '70 były w kraju poważne niepokoje, które skończyły się buntem Armii Rezerwowej, więc to ma sens, że nikt nie decydował się na dzieci. Tymczasem znalazłam dzisiaj dwie potencjalne intrygi, które zresztą bardzo pasują mi do fabuły.
Jedna kręci się wokół tego, że jedna z największych nowych fortun w kraju należy do grafa Muserskiego, powszechnie uważanego za nieszkodliwego idiotę (był najmłodszy i nikt się nie spodziewał, że obejmie tytuł, ale trójka jego rodzeństwa zginęła wcześniej), natomiast jego ojciec jest z rodu Spiridonowów, znanych spiskowców. Druga intryga związana jest z tym, że na chwilę obecną najbliższym spadkobiercą grafiny Sokołowej poza jej bliźniaczym bratem jest margrafina Michajłowa, co daje grafinie kolejny argument, czemu nienawidzić Michajłowów (jakby jeszcze jakiegoś potrzebowała, wszyscy nienawidzą Michajłowów).
Mam też trochę lepszą koncepcję samego początku, ale jeszcze muszę się skonsultować z moim kółkiem pisarskim, bo nie wiem, czy to, co zamierzam, ma sens. Teoretycznie chciałabym zrobić coś w rodzaju prologu z wszechwiedzącym narratorem, a potem już przeskoczyć na narratora personalnego i tak zostać. Ale nie wiem, na ile coś takiego byłoby czytelne i w ogóle miałoby sens. Raz już zaczęłam pisać (doszłam do jakichś 10k), ale to nie miało sensu. Teoretycznie mogłabym prolog napisać z perspektywy jakiegoś randoma, no ale nie chcę marnować pierwszego wrażenia na kogoś, kto nawet nie jest w tekście istotny. Tak, mogłabym po prostu napisać prolog z perspektywy Dimy, ale nie chcę POV Dimy, no. On jest głównym bohaterem, ale mam wrażenie, że to by mu ujęło, gdyby czytelnik wiedział, co mu chodzi po głowie.

wtorek, 3 lipca 2018

Drzewa genealogiczne

Jestem w tej chwili na wakacjach w Finlandii, żeby skorzystać z tego, że tutaj dzień trwa całą dobę. W zeszłym roku ta ilość światła dała mi tyle energii, że skończyłam Małpę, i miałam nadzieję, że w tym też się uda - ale jakoś nie mogę się wziąć do pisania. Może to dlatego, że niedawno pisałam Grzybobranie i tyle co zredagowałam Romanowa, więc mam trochę przesyt.
No ale nic straconego, bo dzisiaj wzięłam się wreszcie za ogarnianie poprawek do Ruskich Elfów i przepisałam na nowo 12 drzew genealogicznych, co zajęło mi właściwie cały dzień i od obliczania dat urodzin i śmierci dostałam migreny. W dodatku dzisiaj wieczorem coś mnie tknęło i zrobiłam sobie wykres lat urodzeń - i słusznie, bo mam gigantyczną dziurę pokoleniową. Moi bohaterowie urodzili się albo w latach '20, albo '50, albo '80. Akcja rozpoczyna się w '96 i nikt nie ma dzieci młodszych niż 6 lat. Kompletnie brakuje mi też dwudziestoparolatków, bo pomiędzy '65 a '75 urodziła się dokładnie jedna osoba z 60, których wiek liczyłam (i jest to Aleksy Irinowicz, młodszy brat Dimy). Po prostu miałam jeden schemat układu dziadkowie-rodzice-dzieci, którego się trzymałam, zamiast uskutecznić płynną przemianę pokoleń jak w rzeczywistości.
Dobrze, że się zorientowałam, a i to tylko dlatego, że rozpisałam sobie młodsze pokolenie, żeby znaleźć jakieś możliwości intryg związanych ze swataniem, i odkryłam, że to niemożliwe, bo praktycznie wszyscy bohaterowie nastoletni to dziedzice tytułów, a więc nie mogą hajtać się między sobą (to znaczy prawo tego nie zabrania, ale nikt na to nie idzie, bo to by oznaczało połączenie włości i wygaśnięcie jakiegoś tytułu). Jeśli kiedykolwiek to w ogóle napiszę i wydam, to naprawdę nie sądzę, żeby ktoś zwrócił na to uwagę i zaczął wyliczać, czy wiek bohaterów odpowiada krzywej Gaussa, ale sama po prostu nie mogę sobie pozwolić na taką fuszerkę.
Z dobrych wieści: pozostałe parametry na razie mi się sprawdzają, to znaczy stosunek mężczyzn do kobiet wynosi 1:1 i stosunek imion jest taki, jak zamierzałam (tzn. wszystkie imiona mają podobne obłożenie, tylko Aleksy i Aleksja są używane ponad dwa razy częściej).

piątek, 8 czerwca 2018

D jak Dima

Właściwie to uświadomiłam sobie, że trzech moich głównych bohaterów Ruskich Elfów ma na imię na D: Dymitr Irinowicz nr 1, Daria Nikolajewna i Dymitr Irinowicz nr 2. Nie było to planowane, ale w sumie jak już się zdarzyło, to pasuje do mojego paskudnego systemu nadawania imion w tym tekście, więc bierę. "Dima, Dasza i Mitia", to brzmi jak tytuł powieści YA. Chciałabym być tak sławna, żeby ludzie pisali dziwne AU do moich tekstów, byłoby śmiesznie.

czwartek, 7 czerwca 2018

Otczestwo

Wszyscy pewnie już wiedzą, że zachwycam się językiem rosyjskim i uważam, że brzmi absolutnie pięknie, mimo że sama nie miałam jeszcze czasu opanować go w w stopniu wyższym niż mierny. No ale strasznie jaram się otczestwami, bo (pomijając fakt, że nabijają wordcount na nano) uważam, że to strasznie tru, kiedy narrator zwraca się do bohatera per Dymitr Aleksiejewicz, można mnóstwo rzeczy w ten sposób wyrazić i dodaje to kolejną możliwość do subtelnych zmian znaczeniowych w sposobach porozumiewania się moich ruskich elfów (czego nauczyła mnie Wiera Kamsza, chociaż u niej akurat patronimików nie ma, natomiast wspaniale eksploruje ona różnicę między byciem per pan i per ty - coś, co w angielskojęzycznych książkach raczej się nie trafia).
W każdym razie, no, otczestwa. Tylko skoro mam powszechne równouprawnienie, to uświadomiłam sobie, że to nie ma najmniejszego sensu, żeby dzieci były określane tylko z perspektywy ojca. Jeśli mamy grafinę, dziedziczkę tytułu, która wychodzi za młodszego brata jakiegoś grafa, co podnosi go do rangi grafa-małżonka, to na zdrowy rozum ważniejsze jest to, że dane dziecko jest potomkiem tej właśnie grafiny, a nie jej randomowego męża, który pomaga jej w zarządzaniu rzeczami. Dalej - skoro mam wielką księżną Irinę i jej randomowego męża, młodszego brata zmarłego margrafa Michajłowa, i to ona przekazuje synom nazwisko rodu rządzącego, to powinno obowiązywać, welp, matczestwo? Muszę odkurzyć znajomości z jakimiś rusologami, bo mam za małe wyczucie językowe, żeby to przeprowadzić. Byłabym zachwycona, gdyby dało się zastąpić otczestwo jakimś neutralnym terminem, also, nie jestem całkowicie pewna, jak konkretnie utworzyć te matczestwa. No ale na razie wychodzi mi, że mój główny bohater nazywa się Dymitr Irinowicz Aleksiew, co trochę burzy mi piękną strukturę dwóch Dymitrów Aleskiejewiczów... Nie żeby ona miała jakieś istotne znaczenie fabularne, ale wiecie, bardzo ją lubię, była ze mną od samego początku, kiedy tylko wymyśliłam, że oni tam mają tylko czternaście imion. Może będzie dwóch Dymitrów Irinowiczów? Ale to mi z kolei burzy cały jeden wątek i musiałabym go bardzo mocno przemyśleć, zresztą całe drzewo genealogiczne Michajłowów wywraca na drugą stronę, a już prawie się cieszyłam, że przynajmniej w nim nie będzie dużo roboty.
Natomiast taka popularność imienia Irina byłaby mi bardzo na rękę, bo ostatnio przypominam sobie Noldorów i wykiełkował mi epicki konflikt Aleksja-Irina w Legendarium, który jest, welp, epicki. To chyba ma związek z tym, że przestałam tak hejtować Feanora, będzie o tym notka, jak się uporam z życiem. Anyway, wychodzi mi na to, że to był nie Aleksy Wielki, bo Aleksy był cienki jak dupa węża - wszystko zaczęło się od carycy Aleksji Wielkiej i jej marszałka Iriny Żelaznej. (W ogóle ach, przydomki też są zajebiste. Może Aleksy Cienki, skoro przy tym jesteśmy? Historycy wciąż debatują, czy chodziło o jego przedmioty fizyczne czy psychiczne. Poza tym mam historię Dymitra Złośliwego, jednego z przodków Dymitra Irinowicza, który wsławił się tym, że nie chciał umrzeć i przekazać tronu wnukom, więc czekał, aż ich wszystkich przeżyje. W końcu otruła go teściowa prawnuka, z czego potem wynikła pięćsetletnia krwawa waśń pomiędzy margrafami Michajłowami i książętami Krugłowami).

niedziela, 13 maja 2018

Ok

Dobrze, czas wyleźć z grajdołka komfortu i zacząć pisać jakieś bohaterki, które nie są Olgą wersja 2.0. Tietiuchin => Daria Nikolajewna Tietiuchina. Przy okazji przemyślałam jeszcze raz żeńskie imiona w tym uniwersum (Daria i Sofia zamiast Agrafieny i Eudocji, bo chyba trochę przegięłam z tradycyjną rosyjskością) i zastanawiam się też nad zmienieniem Wasyla, ale z drugiej strony nie mogę tu mieć samych imion, które lubię, bo nie mogę się tak niezdrowo przywiązywać do zupełnie wszystkich bohaterów.
Z innych wiadomości, jestem coraz bardziej przekonana, że powinnam jednak napisać jeszcze jedną połówkę Anestezjologa, tylko, no wiecie, skończyła mi się fabuła.

Dylemat

Ok, nazwijcie to lewacko-feministycznymi wpływami, ale źle się czuję z faktem, że wśród trzech głównych bohaterów Ruskich elfów mam samych facetów. To miało sens w tym seksistowskim stanie świadomości, w którym byłam, kiedy wymyślałam to uniwersum, ale teraz mi to bardzo przeszkadza. No więc mogłabym to zmienić, ale tu pojawiają się moje życiowe problemy - jednym z pierwszych nieśmiesznych żartów, które w ogóle wsadziłam do tego projektu, było to, że dwaj główni bohaterowie nazywają się obaj Dymitr Aleksiejewicz. Nie ma to żadnego znaczenia fabularnego, ale to miało podkreślić, że ta banda tradycjonalistów ma zerową inwencję twórczą, jeśli chodzi o imiona. No i tak jak Aleksiewa stosunkowo najłatwiej byłoby przerobić na księżną (to znaczy po prostu podmieniłabym miejscami motyw trzech córek i trzech synów), ale musiałabym zrezygnować z dwóch Dymitrów Aleksiejewiczów, a na to nie jestem gotowa. Poza tym bardzo lubię imię Dymitr, wśród wszystkich moich ulubionych rosyjskich imion to jest najbardziej ulubione.
Więc zostaje mi Tietiuchin, przy czym w jego przypadku też mam problemy. To znaczy tak: Nikolaj to drugie moje ulubione rosyjskie imię, ale z drugiej strony na pewno jeszcze będę kiedyś pisać o Ruskach, więc mogłabym je sobie zachować na później, no i mam w Reptiliadzie jednego Nikolę (nie Teslę), więc niby się liczy, jesli kiedykolwiek w ogóle to uniwersum ogarnę, żeby się nadawało do pisania. Natomiast generalnie mam trochę inne kategorie jeśli chodzi o ulubionych bohaterów i ulubione bohaterki (to znaczy z grubsza: ulubionych bohaterów chcę przytulić i bronić, a z ulubionymi bohaterkami się hajtać), no a Tietiuchin jest takim miłym, kochanym, puchatym słoneczkiem. I w sumie nie wiem, bo jestem pewna, że jako faceta bym go bardzo lubiła, bo właściwie to był pisany na podstawie Germona Arigau, czyli mojego drugiego ulubionego bohatera ever, natomiast tego typu bohaterki, która by mi szczególnie utkwiła w sercu specjalnie sobie nie przypominam.
Obracam to sobie w głowie od paru dni i być może zdecyduję się spróbować, natomiast mój główny problem jest taki, że z jednej strony chcę mieć mnóstwo bab w rolach głównych, ale z drugiej mam wciąż za mało fajnych bohaterek w literaturze, na których mogłabym się wzorować, a nie lubię ryzykować. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią się inspirować rzeczywistymi ludźmi, ale dla mnie ten przeskok między rzeczywistością a fikcją jest za duży na takie rzeczy.

wtorek, 1 maja 2018

Ruskie

Zamiast pisać Grzybobranie myślałam trochę nad Ruskimi elfami i trochę zmieniła mi się koncepcja, bo Stanisława zamiast syna będzie miała córkę. Właściwie nic poza tym faktem się u tej postaci nie zmienia, może tylko tyle, że ją trochę rozwinęłam, bo Rasław był strasznym everymanem i nie myślałam o nim za dużo. Córka ma na imię Jaśmina. Początkowo myślałam nad jakimś standardowym staropolskim imieniem, szczególnie rozważałam Dobrawę albo Dobromiłę, ale uznałam, że odkwiatowe imiona też bardzo mi pasują do tej koncepcji. Róża i Lilia odpadły w przedbiegach, jako że to dwa najoczywistsze imiona, które przyszły mi do głowy, dlatego otworzyłam mój ulubiony słownik kwiatów (bo w tym tekście symbolika kwiatów ma bardzo duże znaczenie, ludzie nawet przesyłają sobie tajemne wiadomości odpowiednio aranżując bukiet) i najbardziej spodobał mi się jaśmin z tłumaczeniem na przywiązanie. (Drugi słownik go tłumaczy jako tajemną miłość, meh, czy wszystko musi się zawsze kręcić wokół romansu? Chociaż z drugiej strony rozważam romans Jaśminy z wnuczką/ spadkobierczynią margrafa Obmoczajewa, więc coś w tym może być).
Generalnie istota mojego problemu polega na tym, że wychowałam się na Tolkienie i przez bardzo długi czas był on moim wzorem i ideałem jeśli chodzi o literaturę. Jasne, lepiej tak niż Meyer czy Zafon, ale jednak o tolkienowskich kobietach już pisałam i nie była to bardzo pochlebna opinia. Przez Tolkiena nauczyłam się pisać o facetach i do dzisiaj mam pewien problem z przestawieniem się i tworzeniem głównych bohaterek - ale przynajmniej o tym wiem i mogę się sama pilnować. Zanim sobie to uświadomiłam, welp, w moich światach nie było kobiet. Potem było trochę lepiej i jakieś się pojawiały, ale od dopiero dwóch czy trzech lat ogarnęłam się na tyle, że to ma jakiś sens.
W pierwotnej (tej sprzed piętnastu lat) wersji Ruskich elfów kobiet... de facto nie było, potem kiedy parę lat temu reaktywowałam ten projekt coś tam naprawiłam i pojawiły się chociażby Stanisława czy Swetlana Fiodorowna, ale nadal było jakoś bez szału. Dopiero teraz robię poważne sprzątanie i ogarniam kuwetę. Niestety, trzech głównych bohaterów (Dimę Aleksiejewicza, Nikolaja Wasylewicza i Mitię Aleksiejewicza) mam już tak mocno utrwalonych w głowie, że takie sztuczki nie zadziałają.
Najgorsze jest to, że w tekstach mi to naprawdę zaczęło przeszkadzać. Chętnie bym się cofnęła do momentu, kiedy tego nie zauważałam, bo o wiele mniej książek by mnie wkurzało, ale tak się nie da. Czytam teraz na przykład Fortecę w źrenicy czasu mojej ulubionej pisarki Cherryh, co do której miałam bardzo duże oczekiwania, bo to ta sama osoba, która napisała moją truloff Signy Mallory. No i generalnie książka jest fajna, są świetni bohaterowie (szczególnie Cefwyn i Idrys), ale w tej książce właściwie nie ma kobiet. Przewijają się bliźniaczki, siostry barona których jedyną cechą jest to, że z każdym sypiają, pojawiła się dwa razy wioskowa baba i co jakiś czas wspominają córkę regenta sąsiedniego kraju. I generalnie książka jest fajna i w ogóle, ale nie mogę się nią cieszyć, bo cały czas czuję, że coś jest nie tak. Czemu Cefwyn nie może mieć młodszej siostry, którą wszyscy bardziej lubią, czemu wielki mag Mauryl nie mógł być wielką czarodziejką, czemu wśród baronów z południa nie może być żadnej zaradnej baby? Takie rzeczy bardzo mi przeszkadzają w czytaniu, szczególnie u autorów, u których spodziewałam się czegoś lepszego. Dość już mam utożsamiania się z białymi hetersowymi facetami tylko dlatego, że nie mam innego wyboru. (To znaczy ok, Idrys jest czarny i chciałabym ekranizację, w której gra go Idris Elba, ale you got my point).

czwartek, 29 marca 2018

Ruskie elfy - bohaterowie

Ten projekt ma miliard bohaterów i im dłużej o nim myślę, tym więcej ich się pojawia i tym bardziej rozwijają się ich wątki. Kontrolę nad tym wszystkim straciłam już dawno temu i ogarnięcie tego w czymś w rodzaju sensownego konspektu graniczy z niewykonalnością. Moim głównym problemem jest to, że ich wszystkich, nawet największe świnie, bardzo lubię i chciałabym ich wszystkich wykorzystać w pełni, ale nie ma pojęcia, jak sklecić te wszystkie rozpełznięte wątki w sensowną całość - nie chciałabym skończyć jak Martin, a potem umrzeć, zostawiając spadkobierców z sagą, której w żaden sposób nie da się domknąć. Niżej opisałam góra 1/5 całej obsady, a i tak post wyszedł nieracjonalnie długi, co trochę mnie uświadomiło, na co się porywam.

wtorek, 27 marca 2018

Ruskie elfy - świat

Ciąg dalszy pisania o swoich tekstach, tym razem rozpisuję świat przedstawiony projektu o ruskich elfach, bo bardzo długo nad nim myślałam. Prawie piętnaście lat, żeby być precyzyjnym.

niedziela, 25 marca 2018

Krótka systematyzacja

Bo bardzo lubię systematyzować i tworzyć listy wszelkiego rodzaju. Rzeczy które w tej chwili piszę, redaguję albo planuję napisać.