Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rude. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rude. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 lutego 2019

Rzycie

Nie było mnie tu od jakiegoś czasu, ale dopadła mnie wyjątkowo paskudna zniżka nastroju i dopiero od tygodnia wpadłam na to, że mogę... wziąć większe dawki leków przeciwdepresyjnych? Tak jak psychiatra powiedziała mi miesiąc temu, ale z jakiegoś powodu nie zarejestrowałam tego jako realnej opcji. Płaczę nad hajsem coraz szybciej wypływającym z mojego konta, ale mam wrażenie, że zaczyna być trochę lepiej, wczoraj udało mi się nawet zoperować świńską nogę (don't ask) i wygląda na to, że będę tym jednym psychiatrą na oddziale, który potrafi szyć.
Anyway, zaczęło mi się chcieć pisać, może dlatego, że dzisiaj był pierwszy wiosenny dzień i mogłam od rana wietrzyć, a może dlatego, że całą noc śniły mi się chore rzeczy, które nadal swędzą mnie w mózg. Tylko oczywiście chcę pisać nie to, co powinnam, to znaczy sequel do Czarnoksiężniczki i nawet Rude, ale dopiero od połowy drugiego tomu, a muszę najpierw skończyć pierwszy. Ale w międzyczasie udało mi się rozwiązać pewną dziurę fabularną w czwartym tomie, więc nic nie poszło na zmarnowanie. Aha, i wreszcie znalazłam miejsce na trójkącik. W sensie poliamoryczny, nie to nudne "oh jej, którą spośród gorących lasek mam wybrać?". Właściwie to opracowałam nawet dwa trójkąty, ale jeden do Rudego. I tak, jednym z boków trójkąta jest Tale. Czego można było się spodziewać.

niedziela, 2 grudnia 2018

NaNoWriMo 2018

Wszędzie wokół ludzie piszą relacje, to ja też napiszę, co mi szkodzi. Pewnie będę się powtarzać, ale whatever.

1. Napisałam 50k do 17 listopada, co było bardzo fajne (później niż w zeszłym roku, ale się nie spieszyłam, poza tym jest to o wiele wyższej jakości 50k niż wtedy), natomiast zła wiadomość jest taka, że mój wielki plan na 100k pierwszego tomu peżetki poszedł się gonić, bo od dwóch tygodni wszystko zupełnie zdechło i napisałam w sumie jakieś 8k i to z ogromnym trudem i jakości końcówki Anestezjologa, czyli marnej.
2. Nie wiem czemu nie uwierzyłam sobie za pierwszym razem, ani w sumie za drugim i za trzecim, ale to, na czym łapię największe faile, to druga połowa drugiego aktu. Do midpointu zazwyczaj wszystko mam całkiem dobrze przemyślane, idzie mi sprawnie... a potem wszystko zdycha i nie wiem, co pisać. Tak bardzo skupiam się, żeby mieć ten centerpiece wymuskany i wychuchany, że potem zostaje mi tylko "potem coś zrobią, gdzieś dojdą i będzie jakaś polityka". Tzn wiem oczywiście, co się ma dziać w tych kolejnych 40k i mogłabym wstawiać gwiazdki i pomijać te fragmenty, na których się blokuję. Tylko druga połowa tekstu jest cała jednym takim fragmentem. Skończyłoby się na tym, że napisałabym streszczenie końcówki tomu, co zresztą zrobiłam już w przypadku Anestezjologa i nie tknę redakcji tego kijem od szczotki przez najbliższe dziesięć lat.
3. Z dobrych rzeczy muszę przyznać, że gnębienie Kiryła jest jeszcze lepsze, niż się spodziewałam, dzięki temu udało mi się pobić mój życiowy rekord słów napisanych jednego dnia, kiedy to 11 listopada wklepałam 7,7k. Poza tym charakter Tale dość dobrze mi się wykrystalizował - może jest odrobinę inny, niż się spodziewałam, ale bardziej mi się podoba i ma sens. Poza tym oddałam swoje serce pisaniu w pierwszej osobie i zdecydowanie planuję więcej eksperymentów z narracją (tzn pierwsza osoba nie jest specjalnie eksperymentem, wszyscy i ich matka tak kiedyś pisali, ale odkryłam, że to może być dobre).
4. Poza tym jak zawsze nie byłoby mnie tu gdyby nie NaNowy Gdańsk team, bez którego napisanie tego tekstu byłoby o wiele trudniejsze, nie miałabym brokatu i creepy jednorożców, Kiryła nie goniłyby wilki i nie miałabym piosenki o Henryku Kwiatku.

niedziela, 18 listopada 2018

Done

Wczoraj skończyłam NaNo, znaczy się napisałam 50k. Co nie znaczy, że teraz będę leżeć do góry brzuchem, bo mam nowy cel, to znaczy napisanie do końca roku kolejnego 50k i tym samym skończenie tego tomu Rudego. Trzymajcie kciuki, jeszcze nigdy nie napisałam za jednym zamachem takiej ilości tekstu. Było trochę mindfucku, kiedy Kiria mi się pięknie zdekompensował, a z kolei Tale zaczyna trochę nabierać empatii.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Życiowy rekord

Wczoraj byłam chora (to znaczy nadal jestem) i siedziałam cały dzień w domu, więc jakimś cudem tak się złożyło, że napisałam 7,7k słów. To o jakieś 1,5k więcej niż mój zeszłoroczny życiowy rekord, a wiecie... w sumie nawet aż tak tego nie cisnęłam, mam spory zapas i nie musiałam się spieszyć. No i to nie jest 7,7k bełkotu, ale zupełnie zdatnego tekstu, oczywiście jak na standardy NaNowe. Chyba sekret tkwi w tym, że zaczęłam narrację Kiryła - tak, pierwsza osoba w czasie przeszłym - i a/ ta pierwsza osoba to był naprawdę dobry pomysł, b/ wiedziałam, że akurat tego jednego bohatera będę uwielbiała dręczyć, ale nie spodziewałam się, że aż tak, poza tym największe katastrofy życiowe nawet jeszcze się mu nie przydarzyły.
Idk, mam wrażenie, że dla ludzi niepiszących to trochę dziwne, czemu pisarze tak lubią niszczyć życie swoich ulubionych bohaterów, ale to tak z miłości, żeby im się charakter odpowiednio rozwinął (jak papier toaletowy: powoli i nieubłaganie). Był kiedyś taki wspaniały komiks i teraz żałuję, że go sobie nie zapisałam, bo nie mogę go znaleźć - ale to było chyba o pisaniu fanfików (jeden pies) i szło mniej więcej tak: autor ma swoich kochanych, wychuchanych bohaterów i wszystko jest miłe, aż WYCIĄGA MŁOTEK I ROZWALA WSZYSTKO W DRZAZGI, żeby potem z trudem i oddaniem składać z powrotem połamane kawałki tak jak były wcześniej, aż znowu wszystko idzie do miłego I WTEDY ZNOWU WYCIĄGA MŁOTEK I ROZWALA WSZYSTKO W DRZAZGI.
Tak, to nasza praca. Czuję się bardzo emocjonalnie związana z tym przeczytanym dawno temu komiksem.

sobota, 10 listopada 2018

Bohater niewspółpracujący

Więc tak, Tale jest oficjalnie najbardziej niewspółpracującym bohaterem ever, a dodam, że zdarzało mi się pisać z POV Lionela Savignaca, więc wiecie. W każdym razie uznała, że będzie ze mną rozmawiać tylko w pierwszej osobie czasu teraźniejszego... co nie byłoby jeszcze taką katastrofą, w końcu to łatwy sposób wyeksponowania POV-u głównej bohaterki od POV-u Nastii, którym pisałam pierwszą 1/4 powieści. Tylko że Tale nie jest główną bohaterką całej serii, a jak już zaczęłam ją w ten sposób pisać, będę musiała to kontynuować przez kolejne 4 tomy. (Zresztą nie sądzę, żeby w ogóle pozwoliła mi zmienić sposób narracji w późniejszych częściach, szczególnie kiedy się już przyzwyczaję).
Plan jest taki, że Kiryła też będę pisała w pierwszej osobie - czasu przeszłego, but still. Tzn czas przeszły-teraźniejszy akurat mocno nawiązuje do sposobu postrzegania przez nich świata, ale że pierwsza osoba... no cóż, to jest właściwie ich historia. W międzyczasie będą się pojawiały inne POV-y drugoplanowe poza Nastią, ale oni będą konsekwentnie w trzeciej osobie (chociaż jeden gość mnie korci, żeby spróbować też czas teraźniejszy, ale to w trzecim tomie). Dlatego mam wrażenie, że mam już pobieżny schemat działania, o ile oczywiście Kiria nie stwierdzi, że Tale weszła mu na ambicję (spoiler: wyjątkowo się nienawidzą) i nie uzna, że on z kolei chce czas przyszły niedokonany w stronie biernej czy coś takiego.
Aaanyway, Tale ze mną dodatkowo nie współpracuje, bo uznała, że jej debiut jako narratorki ma mieć formę strony z pornosa. Jakbyście się zastanawiali, w jaki sposób bohater może jeszcze bardziej niewspółpracować.

wtorek, 6 listopada 2018

Raport z listopada

(Uwaha, ta notka nie liczy się do mojej normy, po prostu powinnam teraz pisać historię choroby, więc uznałam, że notka na bloga to jest to).
- Więc od czasu, kiedy ostatnio się odzywałam, zostałam ciotką. Już za jakieś dziesięć lat, kiedy moja bratanica będzie umiała czytać i komunikować logicznie swoje potrzeby, będę mogła być tą szurniętą krewną, która daje jej do czytania dziwne rzeczy. Tak, nigdy nie miałam dobrych wyników na pediatrii.
- Jestem debilem i spadłam z konia podczas zsiadania. To znaczy nie tyle spadłam, ile przesadziłam trochę z treningiem i nogi się pode mną złożyły i cały ciężar poszedł w ręce, więc chyba sobie nadwyrężyłam lewy brak, nie polecam. Potrzebuję niższego konia, ale ostatni raz, jak siedziałam na niższym koniu, zaryłam łokciem w ziemię bo debil się spłoszył i potem leczyłam rękę przez kilka tygodni.
- Moje opko na Pomieścia zostało odrzucone, bo jest za mało oryginalne. Wiecie, nie to, że mam teraz urażoną dumę czy coś, ale dostaję bardziej konstruktywne komcie na blogasku niż odpowiedź państwa redaktorstwa. Miło, że w ogóle komentują nadesłane prace, bo wcale nie muszą, ale poziom komentarza jest trochę smutny.
- NaNo ma się dobrze, chociaż piszę zdecydowanie wolniej niż w zeszłym roku, dopiero przeszłam dzisiaj 17k. No ale nie spieszymy się, mamy czas, i tak nie planowałam 100k podczas tego listopada.

sobota, 27 października 2018

Upadek

Ogarnęłam już konspekt na Rude i zostało mi jeszcze tylko dopisać parę rzeczy i poukładać retrosy, żeby stanowiły jakiś spólny wątek. Natomiast podczas pisania character arców jak zawsze zebrało mi się na myślenie. Dla trójki głównych bohaterów mam positive change arc, disillusionment arc i corruption arc, a więc widać przewagę negative change arc. Nie wiem, z jakiegoś powodu nawet jak w założeniu wszystkie moje teksty mają być pozytywne, to jak już siadam do rozpisywania ich, pisanie negative change zawsze o wiele bardziej ze mną rezonuje. Kiedyś myślałam, że to kwestia szalejącej, nieleczonej depresji, ale jak widać nie, bo nadal mam taką tendencję. Nie wiem czemu, ale upadek i katastrofa bardziej do mnie przemawiają, ale to tylko wtedy, kiedy ja coś piszę. W rzeczach, które czytam, chcę happy endów i żeby żadnemu z moich słoneczek nie stała się krzywda.
No i pewnie pamiętacie moje wieszanie psów na zakończeniu Ostatniego Maga Heroldów? Nie chciałabym czegoś takiego zrobić z Rudym, a jednocześnie Kirył (inni też, ale on szczególnie) ma taki potencjał niesienia katastrofy na niespotykaną skalę... Ciężko mi się będzie temu oprzeć, mimo że póki co mam przemyślaną fabułę całej serii i wcale nie kończy się tak tragicznie.
Już niedługo listopad i nie wiem, czy będę miała okazję napisać coś podczas NaNo (bo nawet jak skończę wcześniej, to chciałabym iść na skończenie pierwszego tomu, a to więcej niż 50k), dlatego już teraz się żegnam i życzcie mi powodzenia.
Aha, poza tym możecie być ze mnie dumni, wysłałam Władzia na Pomieścia i teraz już nie ma odwrotu.

niedziela, 21 października 2018

Pokaż swoje mordy

W sensie nie mordy na ludziach, tylko mordy ludzi. Z mojego obecnego NaNo, znaczy się z Rudego.

czwartek, 18 października 2018

Kelner, mój główny bohater jest antagonistą!

Zdarzyło mi się to dwa razy i wiecie? wiem nawet dlaczego. Słoneczniki i Rude to teksty, nad którymi bardzo dużo myślałam i w których ważne są relacje interpersonalne, mam je rozważone naprawdę bardzo szczegółowo. Przy czym ta najważniejsza dynamika jest zazwyczaj pomiędzy pewnym gronem głównych bohaterów: w Słonecznikach między Sam a Jaccą, a w Rudym między Kiryłem, Anastazją i Tale (tak, Lesedi od jakiegoś czasu nazywa się Tale, nie wiem, jak to się wymawia w Setswana, ale ja mówię tak, jak się pisze). No i na tych relacjach się skupiam, rozpisuję je sobie, ewoluuję i tak dalej. A potem przychodzi ten moment, kiedy zaczynam konstruować fabułę i korzystam z metody Weiland, a tam dość istotną kwestią jest relacja między protagonistą i antagonistą. Bo to jest istotna kwestia, mind you.
I w tym momencie dochodzę do tego momentu, że nie mam antagonisty. To znaczy jacyś tam są, ale nie są aż tak istotni, żeby napędzać całą fabułę. W Słonecznikach nawet nie jestem w stanie zdecydować, kto jest główniejszy: czy Marlena (pięść zespołu), czy Franek (yy, nie wiem, czemu w ogóle on miałby być ważny, ale takie było założenie), czy pan Łukasz (taka raczej chaotyczna siła neutralna), czy może Blackmoore (knujący Amerykanin). Jak widzicie nie ma nikogo, kto by rzeczywiście stanowił główną przeszkodę, a ich wątki tak jakby rozwiązują się w momencie kulminacyjnym na początku trzeciego aktu. Trzeci akt jest głównie o tym, co odwala Jacca po tym, jak już udało im się pokonać "tych złych". Właściwie cały trzeci akt skupia się na relacji Sam-Jacca i nikogo innego tam nie ma. Widzicie mój problem. Ta konstrukcja fabularna nie ma najmniejszego sensu, chyba że to Jacca jest głównym przeciwnikiem Sam. Owszem, jest jej bff i właściwie im na sobie zależy, ale mają konflikt interesów i rozbieżne poglądy na temat pewne sprawy, a że te sprawy dotyczą egzystencji świata...
Z Rudym sprawy mają się trochę inaczej, bo de facto miałam gotowe miejsce na antagonistę. I on jest w tym tekście i wogle, potem nawet jest istotny w drugim tomie. Natomiast doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Owszem, na płaszczyźnie fizycznej on jest ich przeciwnikiem, natomiast tak naprawdę najwięcej emocji i czasu poświęciłam konfliktowi na linii Tale-Kirył. Z motywów napędzających całą fabułę to właśnie tej dwójki wpisują się w temat przewodni tekstu i one dwa są ze sobą najbardziej sprzeczne, powodując konflikt w sferze emocjonalnej. Michael jest przeciwnikiem całej trójki, bo tak wyszło, ale de facto nie mają oni konfliktu w kwestii poglądów i motywów. Upieranie się na takiego antagonistę tylko osłabiłoby ogólną konstrukcję fabuły.
To są te takie nieoczywiste, drobne rzeczy, o których zaczęłam dopiero myśleć, kiedy rozplanowałam sobie te teksty na tym najbardziej ogólnym, podstawowym poziomie, który zazwyczaj jest zbyt oczywisty, żeby poświęcać mu czas przy tworzeniu konspektów. Ale teraz widzę, że mam tendencję, żeby to właśnie się sypało, a jeśli to się sypie, to posypie się też cała reszta.

niedziela, 14 października 2018

Kilka rzeczy

W kolejności od najważniejszych:
- Podłubałam sobie dalej w Rudym, popatrzyłam z różnych stron i nie mam co prawda jeszcze konspektu, ale doszłam do zaskakującego wniosku, że Kiria jest w tym tekście tak naprawdę antagonistą... Tak, wiem, słyszeliście to już w przypadku Słoneczników, ale shit happens. Chyba napiszę kiedyś o tym notkę, bo zaczynam rozumieć, czemu to się dzieje z moimi tekstami. Natomiast Kiria jest antagonistą tylko w pierwszym tomie, natomiast tak generalnie w całym cyklu jest głównym bohaterem. Jak bór da, będzie to miało pięć tomów, dla których już nawet rozkminiłam z grubsza tytuły i fabułę.
- Zredagowałam wreszcie Władzia i tak właściwie dużo do redagowania nie było, kilka jakichś małych błędów logicznych, o których pamiętałam, a reszta to kosmetyka. Pisałam lepsze teksty, ale generalnie nie jest zły. Mam wrażenie, że trochę ubogo tam z emocjami, ale czekam jeszcze na opinię pierwszej instancji opiniotwórczej, a zresztą zamierzam go wysłać tak czy inaczej.
- Quest-urban fantasy wyrwało się spod mojej kontroli tak potężnie, że okazało się sequelem Czarnoksiężniczki... Z jednej strony trochę mindfuck, z drugiej to w końcu jeden tekst mniej do napisania, więc chyba jednak na tym wygrywam. Poza tym wszystko tak bardzo składa się do kupy... Społeczeństwo boi się magów i zamyka ich w wieżach? Wina Lys. Świat pokrywa pustynia? Wina Lys. Podejrzany artefakt robiący chujwieco z ludźmi? Ofc wina Lys. Jeszcze nie wiem, jaki będzie jej status, ale korci mnie wersja, że jej kult był tak potężny, że właściwie wyparł wszystkich pozostałych bogów z panteonu i została tylko ona. Typowa Lysanor.
- Zazwyczaj jak mam za mało czasu i za dużo rzeczy na głowie nachodzą mnie myśli, co by tu jeszcze zrobić, ale w sumie od paru miesięcy krążę wokół pomysłu, żeby rozpocząć serię, hm, bardzo popularno-naukowych notek o tym, co pisarz powinien wiedzieć z medycyny. Wiecie, jakieś ciekawe choroby, które można zrzucić na swojego bohatera, prostowanie popularnych mitów i takie tam. Jeszcze nie wiem, czy rzeczywiście się za to wezmę, ale jest taki pomysł.

niedziela, 30 września 2018

Więcej o drużynie

Rozkminianie Rudego ma się dobrze, dziękuję. Narysowałam nawet prowizoryczną mapę, co mi się nie udawało przez ostatnie kilka lat. No ale mapa do Rudego była o wiele prostsza niż mapa do Ruskich Elfów, bo nie musiałam kombinować, jak to Michajłowowie muszą znaleźć się na północ od Krugłowa, ale jednocześnie stanowić południową granicę kraju ze stolicą leżącą na zachodzie i nie leżeć w górach, które są na wschodzie, ale jednocześnie mieć handel ze stepami, które są bardziej na wschodzie. Tak że wiecie, w Ruskich już za dużo mam opracowanych faktów polityczno-ekonomicznych, żeby łatwo narysować mapę, natomiast w Rudym mogę sobie pozwolić na improwizację. Also, jak zapowiedziałam, zmieniam imię Lesedi, ale na razie waham się pomiędzy trzema równie dobrymi, więc muszę to sobie przemyśleć. A jak byście byli ciekawi, to na moim profilu NaNowym umieściłam już tegoroczną powieść i krótki blurb.
W każdym razie wracając do quest fantasy, to jestem już zdecydowana na siedmioosobowoą drużynę i dla ułatwienia ponazywałam ich sobie: Bohaterka, Szpieg, Wojowniczka, Łowczyni, Zdrajca, Dzika karta, Śmierć. Oczywiście będą mieli normalne imiona, ale zrobił mi się taki ładny zestaw... Idk, może w tym świecie będzie się tak nazywało siedem bóstw czy coś. Chociaż chyba u Martina było siedem bóstw? Albo pięć. Przeczytałam chyba z sześć tomów tego gościa i nadal tego nie pamiętam. Anyway, najbardziej cieszę się na pisanie Zdrajcy i Bohaterki... i w sumie Szpiega też. No i Śmierci. Welp, właściwie nie jaram się na razie tylko pisaniem Wojowniczki, ale dla niej też powoli zaczynam rozkminiać pewien wątek. Będą trzy szipy i oczywiście tak, sama jestem pierwsza do narzekania na usilne parowanie głównych bohaterów, ale czasami jest się po prostu hipokrytą... Chociaż u mnie ma to większy sens, bo przynajmniej dwa związki powodują przyłączenie się do drużyny, a nie na odwrót.
No i mam nawet koncepcję na świat przedstawiony. Jest dziwna, ale pracowałam już z dziwniejszymi światami (Grzybobranie...). Cały świat jest pustynią w której istnieją oazy, takie trochę a la jaskinie, bo w głębokich nieckach skalnych i otoczone skałami chroniącymi przed piaskiem. No i w tych oazach żyją ludzie, raczej nie wychodząc na pustynię, chyba żeby podróżować pomiędzy oazami. Natomiast w tej skale wokół drążone są olbrzymie sieci tuneli i rosną całe podziemne miasta. Tylko najbogatsza elita może żyć w oazie, a im ktoś biedniejszy, tym bardziej jest spychany wgłąb ziemi. Istnieje silna klasowość i podział na rasy, a na samym dole jest rasa uważana przez niektórych za podludzi i w Złym Imperium są traktowani jako niewolnicy - a trudno ich pomylić, bo z powodu przebywania pod ziemią są bardzo bladzi, mają popielate włosy i szare oczy, czyli generalnie są tacy dość bezbarwni. Oczywiście Złe Imperium jest złe i w ogóle, trzeba ich pokonać, ale jeszcze niedawno sporo arystokracji spoza Imperium przyklaskiwało ich poglądom, w końcu oni też byli zaliczani do rasy wyższej.
Poza tym musiałam rozwikłać problem żywienia, bo wiecie, nie ma żadnych łąk, farm i pastwisk, tylko pustynia i niewielkie oazy niewystarczające do wyżywienia całych miast. Dlatego ludzie z najniższej klasy wydobywają żywy kamień, który stanowi ich główną dietę. Nie zamierzam zagłębiać się w logikę tego, po prostu w tym świecie kopalnie produkują żywność i tylko arystokracja może sobie pozwolić na prawdziwe jedzenie uprawiane na oazach.
A więc tak, Niof znowu eksploruje temat niesprawiedliwości społecznych i grup uciskanych przez tyranię elity, a także wciąż aktualny problem, kiedy ludzie uznają innych ludzi za podludzi. Nic bardzo oryginalnego, wiem. Ale za to mam ładne szipy.

sobota, 29 września 2018

Rude

Tak właściwie, to będę pisać Rude na NaNo. I tym razem mam nadzieję, że to ostateczna decyzja, bo w październiku najwyższy czas planować i robić konspekty, a nie zastanawiać się, co ja w ogóle będę pisać. Trochę się boje, bo wiecie, Rude, moje kochane wychuchane słońce, które nigdy jeszcze nie zetknęło się z twardym i bezlitosnym światem w postaci researchu, brzytwy Ockhama i ogarnianiu świata przedstawionego. Mam dwa zeszyty notatek i czas poukładać to wszystko ładne, wypieprzyć niepotrzebne i przestarzałe informacje i jakoś zatuszować drut i taśmę klejącą trzymającą razem poszczególne pomysły.
Z dobrych wiadomości: znów będę opisywać lesbijski romans i mam nadzieję, że wyjdzie mi lepiej, bo żadna z bohaterek nie będzie stawiała tak zaciekłego oporu w maniu jakichkolwiek uczuć jak Olga.
Ze złych wiadomości: około 50k będę opisywać dwie sceny samobójcze, przy tym jedną udaną, więc będę musiała się twardo trzymać rzeczywistości, żeby nie dać się wciągnąć własnemu tekstowi w to myślenie, ale mam nadzieję, że mi się uda. To dla mnie bardzo ważne sceny i, cholera, chcę, żeby mi się udały, ale jednocześnie wiem, że mam do nich bardzo emocjonalny stosunek i to nie jest najlepsze dla zdrowia psychicznego.

środa, 26 września 2018

Fanfikocepcja

Tak właściwie, to w moim nowym zajebistym quest fantasy znajdują się i Dima, i Kirył, a raczej ich alternatywne fanfikowe wersje stworzone na potrzeby Inkwizycji, ale mimo wszystko ewoluujące z moich dwóch nienapisanych powieści będących fanfikowymi inspiracjami Eterną i Lackey. Tak. To trochę podobnie jak z Olgą, Fahimi i Kesslerem, którzy są fanfikowymi wariacjami na temat tego samego bohatera z Leijiverse. Ja wiem, z którego bagna wypełźli moi bohaterowie, nawet jeśli nikt normalny by się nie domyślił.
Ale tak poza tym jestem poważnym i kompetentnym pisarzem, a jak tylko przejdę Inkwizycję po raz kolejny biorę się za pisanie.

niedziela, 23 września 2018

Nikt się nie spodziewał

Nie było mnie przez pewien czas z tego prostego powodu, że od czasu, kiedy ostatni raz pisałam, zdążyłam kupić i przejść do końca Dragon Age'a Inkwizycję. Co jest o tyle szokujące, że jak wiecie, nie gram. A jak już gram, to w dwie gry na krzyż i te gry nie zawierają w sobie jakichkolwiek elementów zręcznościowych i albo są turowe, albo nadużywam pauzy. Teraz z kolei przeszłam całą Inkwizycję w dwa tygodnie (na trudnym, nie chwaląc się, za bardzo wyexpiłam na samym początku i to mnie frustrowało).

wtorek, 4 września 2018

Skala przegrywu

Jestem pewna, że znacie tego mema aż do urzygu, ale postanowiłam zrobić własną wersję z bohaterami z moich opek. Mam tu: Rude, Ruskie elfy, Anestezjologa, Słoneczniki, Czarnoksiężniczkę, Władzia, Podróże w czasie i Grzybobranie. W przypadku Reptiliady i tamtego postapo z wierzbownicą jeszcze nie do końca rozkminiłam bohaterów, a Romanow jest w ogóle poza takimi rozważaniami.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Różne

Miałam problemy, ale trochę odblokowałam się z pisaniem Władzia po tym, jak wywaliłam jakieś 500 słów wczorajszego tekstu. Pamiętajcie, dzieci, nie róbcie tego podczas NaNo, bo podczas NaNo nie kasuje się ani słowa, ale w tym przypadku akurat musiałam uważać na łączną ilość znaków, a także żeby odpowiednie punkty fabularne przypadały na odpowiednią długość tekstu, więc popełniłam ten niewybaczalny błąd pisania i redagowania jednocześnie.
Poza tym mam już chyba tytuł dla Władzia: Bukiety pełne klątw. Z perspektywy melodyki tytułu bardziej by mi pasowało Bukiety pełne przekleństw, ale przekleństwa raczej kojarzą się z "wydupiaj parchaty odinsonie", a nie zaklęciami.
Poza tym myślałam o głównych bohaterach trzech tekstów, które najbardziej leżą mi w tej chwili na sercu, to znaczy o Dimie z Ruskich elfów, Kiryle z Rudego i Lysanor z Czarnoksiężniczki. Generalnie kiedyś miałam tendencję do pisania wszystkich moich głównych bohaterów w podobny sposób, to znaczy jako depresyjnych introwertyków z tendencjami autodestrukcyjnymi i samobójczymi, ale na szczęście napisałam Małpę i maglowanie tego samego bohatera w tym właśnie typie przez 100+ k chyba rozszerzyło mi trochę horyzonty. Teraz mam wrażenie, że już się uwolniłam od tego typu bohatera i jednak moi protagoniści między sobą się różnią. Nawet nie mówię już o głównych bohaterach opowiadań, bo to trochę ćwiczenie literackie, a Romanow czy Piotrek są raczej dla mnie wyjątkami.
W każdym razie mam tendencję do tego, żeby charakteryzować moich głównych bohaterów na bazie sprzeczności, ale to akurat uważam za fajny patent, bo prawdziwi ludzie też tak mają (już abstrahując od teorii Junga). W każdym razie Dimę początkowo pisałam jako ekstrawertyka, ale to nie miało za dużo sensu. Fakt, przez bardzo długi czas on pozuje na prostego żołnierza, dobrego dowódcę, ale nic poza tym - czy nawet nie pozuje, ale po prostu nikomu nie przyjdzie na myśl, że może być bardziej złożony - natomiast w gruncie rzeczy to jest bardziej intelektualista i jego główny talent polega na obserwowaniu i analizowaniu zjawisk. Co oczywiście przydaje się podczas wojny, ale wszyscy odgórnie założyli, że gdyby był inteligentny, to zająłby się innymi rzeczami.
Dalej, Kirył jest facetem-bluszczem, tak jak właściwie wszyscy faceci w tym tekście. I nawet specjalnie się tego bluszczenia nie wypiera, tylko z biegiem fabuły robi się coraz ważniejszy i bardziej kozacki, że aż nikt nie jest w stanie nawet pomyśleć, że mógłby być bluszczem. Wszystko to wynika z chęci ochrony siebie (całkiem racjonalnej, zważywszy że to mój ulubiony bohater do gnębienia) - i to, że na jednych się bluszczy, i to, że dla większości jest lodową statuą i najwyższym autorytetem.
Natomiast Lysanor zdarza mi się nazywać nieślubnym dzieckiem Azhrarna z Opowieści z Płaskiej Ziemi i Lokiego z Marvela, a więc dwóch postaci będącymi z charakteru swoimi absolutnymi przeciwieństwami. Z jednej strony ona jest boginią zniszczenia i moralność ma bardzo alternatywną, a śmiertelnikami przejmuje się tylko w takim stopniu, w jakim jest sama emocjonalnie zaangażowana. Natomiast w stosunku do niektórych osób jest bardzo zaślepiona na swoją niekorzyść i daje się robić w absolutnego wała, z jednej strony wierząc, że kontroluje sytuację, z drugiej strony żebrząc o odrobinę ludzkiej życzliwości ze strony osób, które mają ją gdzieś i wykorzystują w każdej sytuacji. Z jednej strony ma ego wyrąbane w kosmos jak przystało na boginię, a z drugiej strony robi z siebie podnóżek.
Chyba moją ulubioną rzeczą w rozwijaniu bohaterów jest to, w jak bardzo różny sposób może objawiać się ten sam i całkiem prosty zestaw cech. Nie kupuję tego, że komuś może zmienić się diametralnie osobowość, jeśli chodzi o podstawowe cechy i dążenia, natomiast bardzo mnie bawi oszukiwanie czytelników i zmienianie tego, jak te cechy się wyrażają. Z jednej strony bardzo lubię, jak takie zabiegi pojawiają się w książkach, które czytam (again: Eterna, WALENTYN PRIDD - czułam się tak bardzo oszukana przez autorkę i to było tak zajebiste), z drugiej strony wiem, że za niektóre moje zagrania podczas pisania, jako czytelnik pieprznęłabym książką o ścianę i nigdy więcej nie sięgnęłabym po tego autora. Ale czasami jak widzę jakąś wspaniałą okazję, to nie mogę się powstrzymać. (Ach, opko o podróżach w czasie, pisane tylko po to, żebym mogła przemycić jedno perfidne świństwo). Może to kwestia tego, że chciałabym sprawdzać moje skille pisarskie pod względem tego, czy mogę skłonić czytelników do myślenia o bohaterach akurat tego, co planuję, w tym konkretnym czasie. A wszystko przez jednego posta na tumblrze na temat Władimira Nabokowa.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Z lasu

Wczoraj wieczorem wróciłam z tygodniowego pobytu w głuchym lesie, dzisiaj jak przyjechałam z uczelni (nie polecam roweru w tę pogodę) okazało się, że moja pralka się popsuła i prałam stos ubrań z wyjazdu ręcznie. Zanim zaczęłam grać w to życie zamiast wybrać sobie jakąś rozsądną klasę postaci wybrałam klasę przegryw życiowy w której zamiast punktów umiejętności po każdym awansie rozdajesz punkty failu.
Na wyjeździe obejrzałam sobie Thory, chociaż nie jestem specjalnie w Marvelu, i może coś na ten temat później napiszę, ale co ważniejsze rozkminiłam tyle rzeczy do moich opek, że to się w pale nie mieści - byłoby jeszcze fajnie, gdyby to było do jednego opka, a nie do dwudziestu różnych, bo ilość rozkminionego materiału trochę się rozmywa, ale i tak jest fajnie.
Tak na szybko:

środa, 2 maja 2018

Onejromancja

Dzisiaj przyśnił mi się pewien wątek do Rudego, idealnie taki, jakiego potrzebowałam do uzupełnienia wątku Lesedi, więc trwam w zachwycie. Generalnie pomysły na teksty właściwie nigdy mi się nie śnią, pomijając ten jeden pomysł na fanfika o Leosiu Manriku o tym, jak go wieszają, ale nie wiem, czy to koniecznie można podawać za dobry przykład, bo de facto w tym śnie to mnie wieszali. W każdym razie zazwyczaj mało co mi się śni, a jak już to są to koszmary o tym, że coś mnie goni i to w dodatku takie bardziej w stylu Heaven Sent z dziewiątego sezonu Doktora. Nie wątpię, że Freud miałby dużo do powiedzenia na ten temat - świadczy to na pewno o tym, że uciekam przed prawdą porzucenia lesbijstwa i znalezienia sobie wreszcie faceta, czy coś. W każdym razie żeby przyśniło mi się coś, co nie jest koszmarem i co w dodatku pasuje do tekstu, nad który pracuję (to znaczy nie, nad Rudym nie pracuję, tylko niezobowiązująco myślę) to mi się naprawdę nie zdarza.
(A ten sen o wieszaniu w sumie nie był taki zły. To znaczy wieszali też jednocześnie Ockdella i Robera, więc byłam w doborowym towarzystwie, poza tym to był kluczowy moment kiedy zorientowałam się, że naprawdę jestem Leosiem. No i czułam, że jak mnie już powieszą, to wszystkim będzie bardzo przykro, a to w sumie więcej, niż Leoś uzyskał przez całe życie).

sobota, 28 kwietnia 2018

Jestem geniuszem

No więc od jakiegoś czasu zastanawiałam się jak by tu zrobić świat przedstawiony Rudych ciekawszym i wpadłam na pomysł, że to będzie coś w stylu postapo, tylko takie bardziej średniowiecze, już o tym pisałam. Tylko nie do końca wiedziałam, jak konkretnie zrobić to postapo i w jaką stronę pójść. Chciałam wrzucić jakieś mordercze/ trujące roślinki, ale z drugiej strony pożerający ludzi las mam już w Grzybobraniu, więc bym się trochę powtarzała.
Natomiast zupełnie zapomniałam, że w notatkach miałam taką koncepcję o odwróceniu symboliki barw. Ofc w naszej kulturze z grubsza można powiedzieć, że biały to dobry, a czarny zły, natomiast na tumblrze natknęłam się na ciekawy post o odwróceniu tego, co tym bardziej mi pasowało, bo w tym uniwersum w Afryce są przekokszone kraje i jedno z tych imperiów jest tamtejszą wersją Francji, wszyscy chcą być jak oni i się wzorują na ich kulturze, a więc ciemna skóra się odbierana bardzo pozytywnie, jako znak cywilizacji i luksusu. Also, czarny kojarzy się też z czarną, żyzną glebą, a więc życiem i tak dalej, z kolei biały to śnieg, zimno i śmierć. Moje słoneczko Kirył był w swojej rodzinnej wspólnocie dość podejrzany, bo jednym z jego źródeł była Zima, plus to wszystko działo się na dalekiej północy, więc ludzie mieli do niego trochę uprzedzeń. No i teraz to ma dla mnie bardzo dużo sensu, że ogromne połacie lądu zostały spustoszone właśnie wieczną zimą i element postapo to właśnie walka z tym magicznym skażeniem, które zmienia mnóstwo ziemi w lodową pustynię. Also, to mi się łączy do kupy z tym, że początkowo rodzinna wspólnota Kiryła i Anastazji miała być kimś w rodzaju mongołów, generalnie bardzo związanych z hodowlą koni, ale potem przesunęłam ich bardziej na Syberię, bo potrzebowałam śniegu. No to teraz wszystko ma jeszcze większy sens, bo nie muszę ich przesuwać, tylko to śnieg do nich przyszedł, a oni nadal próbują utrzymać się jak za dawnych czasów.
Najbardziej lubię ten moment podczas wymyślania tekstów, kiedy wszystko nagle wskakuje na swoje miejsce i okazuje się, że jakiś problem ma absolutnie sensowne uzasadnienie w istniejącym kanonie.

piątek, 20 kwietnia 2018

Jak krew z nosa

Generalnie to pisanie nie idzie mi bardzo. Od niedzieli napisałam trochę ponad 4k, co zdecydowanie nie jest tempem nanowym (podczas nano więcej pisałam w jeden dzień, wiec jest słabo). Nie wiem, nie jestem w stanie się na tym skupić, mimo że świat przedstawiony mi się podoba i mam bardzo dobrze rozpisany konspekt. Może w weekend uda mi się to trochę pociągnąć, bo aż żal, jak się patrzy na takie tempo.
Natomiast jak już wspomniałam, świat przedstawiony bardzo mi przypadł do gustu i zastanawiam się, czy coś jeszcze w nim nie napisać, jak już pozbędę się Piotrka jako narratora. Bo generalnie cała fabuła Grzybobrania opiera się na tym, że to właśnie on jest narratorem, w dodatku pierwszoosobowym, ale to taki typ człowieka, że utopiłabym go w łyżce z wodą, więc rozumiecie.
Alternatywną wersją jest to, że pogmeram trochę w Rudym. Ten świat przedstawiony to takie generic fantasy i nigdy mi się to nie podobało, ale ten tekst nie nadawał się ani na współczesność/ przyszłość, ani na XVIIw, a w żadnych innych dekoracjach nie piszę. No to teraz wpadło mi do głowy, że mogłabym zrobić z tego takie magiczne postapo, tzn to będzie to niby średniowiecze, ale po gigantycznej magicznej wojnie, która spustoszyła dwa kontynenty i zniszczyła kilka cywilizacji. Jestem absolutnie pewna, że ktoś już coś takiego przede mną pisał, ale sama nie trafiłam na taką książkę, więc trochę mi zajęło wpadnięcie na taki pomysł. (Gdyby ktoś miał coś do polecenia w tym guście, to chętnie przygarnę). W każdym razie mechanika magii bardzo mi się w to wpasowuje, poza tym wyjaśnia, czemu w quasi-Rosji panuje takie multi-culti (poza oczywistością w postaci położenia geograficznego, ale obawiałam się, że to może nie wystarczyć). Niestety plague doctor będzie facetem, bo inaczej mi to nie działa w fabule, ale przynajmniej jest Kozakiem (w sensie prawdziwym Kozakiem, nie że kozakiem, bo kozakami są Rude).