Pokazywanie postów oznaczonych etykietą real life. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą real life. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2019

Dzieci

Wszystkiego najlepszego w dniu dziecka. To ważne, żeby świętować ten dzień, nawet jeśli osiemnastka stuknęła już dawno temu, bo kiedy będzie lepszy czas, żeby wypuścić tego wkurzonego, rozkapryszonego gremlina, którego zazwyczaj trzymamy pod warstwą dobrego wychowania albo chociaż instynktu samozachowawczego. Moi rodzice byli tak mili, że nawet dostałam od nich pudełko Raffaello, które kwitło w szafce od świąt i wreszcie coś musieli z nim zrobić. To są te momenty, kiedy czuję się naprawdę doceniana i kochana przez moją rodzinę.
Anyway, ostatnie trzy tygodnie spędziłam na zmianę na ginekologii i na położnictwie. Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale w momencie, kiedy moja stopa przekracza próg kliniki, nie tyle nie chcę mieć dzieci, ile chcę wydrapać sobie taką myśl z mózgu. Zdaję sobie sprawę, że to po części wina personelu i w innych miejscach może być lepiej, ale naprawdę, to jedyne miejsce w tym szpitalu, które wywołuje u mnie odruch walki lub ucieczki, a jestem osobą, która w prosektorium czuje się jak w domu.
Z tego właśnie powodu zaliczyłam ostatnio degradację psychiczną, ale będę musiała się tam pojawić po raz kolejny dopiero na początku sierpnia, więc mam nadzieję, że a/ odrośnie mi mózg, b/ znajdę wolę życia, c/ skończę ficzka. Ficzek ma w tej chwili 15k, co miało być połową tekstu... ale chyba jednak nie będzie. Jestem w jakichś 3/4 drugiego rozdziału. Na końcu rozdziału pierwszego udało mi się wreszcie wyjść z pustyni, niestety zrujnowałam to parę stron później, kiedy wróciłam na dokładnie tę samą pustynię i nie wygląda, żebym miała się jej niedługo pozbyć.
Oczywiście miałam plan na ten tekst i, powiem więcej, całkiem konsekwentnie ten plan realizuję, nie przewidziałam tylko narratora... Który jest bardzo specyficzny i to jedna z najlepszych rzeczy w tym tekście, ale zajmuje więcej miejsca, niż uprzednio zakładałam. Ficzek będzie dostępny na moim koncie na AO3, ale chcę go najpierw skończyć, bo szczerze mówiąc nie przeczytałam nawet tego, co napisałam, i nie do końca wiem, co tam znajdę. Poza tym źle bym się czuła, gdyby ktoś rzeczywiście zaczął czytać, a ja bym się zbiesiła i jednak nie dokończyła.
Przy okazji, mam pomysły na trzy kolejne ficzki, więc wiecie, mogłabym się zamienić z kimś na mózgi, żeby wreszcie pisać w spokoju jedną rzecz.

piątek, 5 kwietnia 2019

Konie

Wczoraj byłam w mojej ulubionej stadninie, gdzie mój (nie ulubiony) rudy linieje. Z tej ilości futra można by ulepić drugiego konia. Nie miałam pojęcia, że z jednego niezbyt futrzastego rudego może wyłazić tyle kłaków. Mój pies zaczyna mnie podejrzewać, że znalazłam sobie nowego fajniejszego psa na boku, najprawdopodobniej rudego szczeniaka sąsiadów, bo absolutnie wszystko jest w rudej sierści.
Ale z tym bym się jakoś pogodziła. Natomiast jest taka rzecz, że niektóre zwierzęta są z natury czyste i porządne, a inne... nie są. Mój pies jest z tych drugich i najchętniej wytarzałby się w każdym gównie jakie znajdzie, na szczęście nauczeni doświadczeniem nie dajemy jej takiej możliwości. No i rudy też jest z tych drugich. Jak idę sprowadzać go z padoku, praktycznie na pewno będzie w najbardziej zrytym i zabłoconym miejscu, jakie znajdzie. No więc wypatrzyłam go, między nami połać błota, no ale nie przejęłam się tym, bo wiadomo, że człowiek trochę się ubłoci, ale to nic strasznego. Do momentu, kiedy błoto zaczęło mnie wciągać i zapadłam się w nim do połowy łydek, a kiedy już udało mi się z niego wydostać, ruda świnia sama się wzięła, i wyszła na suche gdzie dzieciak założył jej kantar jakby nigdy nic. A potem jeszcze przez piętnaście minut próbowałam wyczyścić go z błota i liniejącej sierści, co skończyło się tym, że na nim specjalnie mniej tego nie było, a ja zostałam ściągnięta to jego poziomu higieny.
I przez ten cały czas, przyglądał się nam jeden nowy koń, też rudy, śliczny dwulatek z białymi skarpetkami na wszystkich nogach. Takich samych jak ma mój rudy, tylko jego były praktycznie ukryte pod warstwą błota, a tamten miał białe jakby w ogóle nie dotknął w życiu ani kawałka brudu. Poza tym miał niezwykły dar do spoglądania na wszystkich z dostojną wyższością, co uskuteczniał przez całą jazdę.
Ale poza tym muszę przyznać, że rudy był wyjątkowo kooperatywny i tylko raz zatrzymał się znienacka. Poza tym trochę się boję, jak mój ulubiony blondyn będzie liniał, bo jest kucem i on autentycznie przez zimę miał futro. Ale przecież nie porzucę z tego powodu mojej ulubionej baryłki amfetaminy, tym bardziej, że jestem jedyną osobą która zgłasza się na ochotnika, żeby na nim jeździć.

sobota, 16 lutego 2019

Rzycie

Nie było mnie tu od jakiegoś czasu, ale dopadła mnie wyjątkowo paskudna zniżka nastroju i dopiero od tygodnia wpadłam na to, że mogę... wziąć większe dawki leków przeciwdepresyjnych? Tak jak psychiatra powiedziała mi miesiąc temu, ale z jakiegoś powodu nie zarejestrowałam tego jako realnej opcji. Płaczę nad hajsem coraz szybciej wypływającym z mojego konta, ale mam wrażenie, że zaczyna być trochę lepiej, wczoraj udało mi się nawet zoperować świńską nogę (don't ask) i wygląda na to, że będę tym jednym psychiatrą na oddziale, który potrafi szyć.
Anyway, zaczęło mi się chcieć pisać, może dlatego, że dzisiaj był pierwszy wiosenny dzień i mogłam od rana wietrzyć, a może dlatego, że całą noc śniły mi się chore rzeczy, które nadal swędzą mnie w mózg. Tylko oczywiście chcę pisać nie to, co powinnam, to znaczy sequel do Czarnoksiężniczki i nawet Rude, ale dopiero od połowy drugiego tomu, a muszę najpierw skończyć pierwszy. Ale w międzyczasie udało mi się rozwiązać pewną dziurę fabularną w czwartym tomie, więc nic nie poszło na zmarnowanie. Aha, i wreszcie znalazłam miejsce na trójkącik. W sensie poliamoryczny, nie to nudne "oh jej, którą spośród gorących lasek mam wybrać?". Właściwie to opracowałam nawet dwa trójkąty, ale jeden do Rudego. I tak, jednym z boków trójkąta jest Tale. Czego można było się spodziewać.

wtorek, 6 listopada 2018

Raport z listopada

(Uwaha, ta notka nie liczy się do mojej normy, po prostu powinnam teraz pisać historię choroby, więc uznałam, że notka na bloga to jest to).
- Więc od czasu, kiedy ostatnio się odzywałam, zostałam ciotką. Już za jakieś dziesięć lat, kiedy moja bratanica będzie umiała czytać i komunikować logicznie swoje potrzeby, będę mogła być tą szurniętą krewną, która daje jej do czytania dziwne rzeczy. Tak, nigdy nie miałam dobrych wyników na pediatrii.
- Jestem debilem i spadłam z konia podczas zsiadania. To znaczy nie tyle spadłam, ile przesadziłam trochę z treningiem i nogi się pode mną złożyły i cały ciężar poszedł w ręce, więc chyba sobie nadwyrężyłam lewy brak, nie polecam. Potrzebuję niższego konia, ale ostatni raz, jak siedziałam na niższym koniu, zaryłam łokciem w ziemię bo debil się spłoszył i potem leczyłam rękę przez kilka tygodni.
- Moje opko na Pomieścia zostało odrzucone, bo jest za mało oryginalne. Wiecie, nie to, że mam teraz urażoną dumę czy coś, ale dostaję bardziej konstruktywne komcie na blogasku niż odpowiedź państwa redaktorstwa. Miło, że w ogóle komentują nadesłane prace, bo wcale nie muszą, ale poziom komentarza jest trochę smutny.
- NaNo ma się dobrze, chociaż piszę zdecydowanie wolniej niż w zeszłym roku, dopiero przeszłam dzisiaj 17k. No ale nie spieszymy się, mamy czas, i tak nie planowałam 100k podczas tego listopada.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Z lasu

Wczoraj wieczorem wróciłam z tygodniowego pobytu w głuchym lesie, dzisiaj jak przyjechałam z uczelni (nie polecam roweru w tę pogodę) okazało się, że moja pralka się popsuła i prałam stos ubrań z wyjazdu ręcznie. Zanim zaczęłam grać w to życie zamiast wybrać sobie jakąś rozsądną klasę postaci wybrałam klasę przegryw życiowy w której zamiast punktów umiejętności po każdym awansie rozdajesz punkty failu.
Na wyjeździe obejrzałam sobie Thory, chociaż nie jestem specjalnie w Marvelu, i może coś na ten temat później napiszę, ale co ważniejsze rozkminiłam tyle rzeczy do moich opek, że to się w pale nie mieści - byłoby jeszcze fajnie, gdyby to było do jednego opka, a nie do dwudziestu różnych, bo ilość rozkminionego materiału trochę się rozmywa, ale i tak jest fajnie.
Tak na szybko:

wtorek, 17 lipca 2018

Zły kraj dla Bergerów

Powinnam mieszkać na Syberii. Albo Alasce. Jeżu, dla mnie nawet Finlandia była w tym roku za ciepła. Nie wiem, co jest nie tak z moim systemem chłodzącym, ale mnie zabijają już temperatury powyżej 20 stopni, co jest tym bardziej absurdalne w obliczu tych fali gorąca u Brytoli. Byłam wczoraj z Franciskiem w mieście, żeby kupić herbatę i zajęło mi to godzinę, przy czym ledwo dowlokłam się potem do domu i nie byłam w stanie już robić nic innego. Dzisiaj jest trochę lepiej, tym bardziej, że pada, ale ta temperatura już i tak zdążyła rozbić mi wszystkie plany.
Oczywiście nic nie napisałam od czasu tamtych marnych 900 słów, o których pisałam poprzednio. Chciałabym powiedzieć, że dlatego, że zajmowałam się redakcją Romanowa (dostałam pierwszą opinię i powinnam parę rzeczy tam zmienić) i sama opiniowałam jeden tekst, ale tak właściwie, to tego nie robiłam. Poza tym mam do przeczytania jeszcze jeden tekst, tym razem fanfik, i wypadałoby wreszcie pojechać do tej biblioteki, w której mam listę jakichś 20 książek do wypożyczenia. Teoretycznie od rana miałam mnóstwo czasu, żeby zrobić którąś z tych rzeczy, ale nie zrobiłam żadnej. Chyba pójdę ugotować obiad.

niedziela, 8 lipca 2018

Inspiracje

Siedzę w tej chwili w pociągu na lotnisko w Helsinkach.
(Te różowo-fioletowe ciapki to wierzbownica. Jest wszędzie).

wtorek, 15 maja 2018

Doktor Who

Widzicie, jestem fanem. Wydałam nieracjonalną ilość pieniędzy na własne płyty, planuję wydać ich jeszcze więcej i mam portfel w TARDIS. Ok, parę rzeczy mi się nie podoba i są motywy dość... dyskusyjne, ale generalnie cały serial jest bardzo postępowy i ma prawie tyle nieheteronormatywności, ile spodziewam się po serialu, który nie jest stricte o sprawach lgbt. Mówię tu oczywiście o remake'u z 2005, bo Classic Who... A dajcie spokój. Znowu wychodzi, że nie jestem Prawdziwym Fanem, ale nie zamierzam nawet zaczynać, co sądzę na temat starej serii.
W każdym razie nie o tym chciałam. Od jakiegoś czasu polskie bbc puszcza kolejne sezony Doktora, co prawda z lektorem, który jest wyjątkowo koszmarny, bo a/ tłumaczenie jest bardzo do dupy, szczególnie w początkowych sezonach, potem jest w porywach tolerowalne, b/ oryginalna ścieżka dźwiękowa jest naprawdę świetna, a aktorzy robią dobrą robotę głosem, więc zagłuszanie ich sprawia, że widz bardzo dużo traci, szczególnie w scenach dramatycznych przemów, w których specjalizują się 11 i 12. Więc generalnie jeśli macie taką możliwość, oglądajcie po angielsku. No ale oglądałam po polsku mimo posiadania wspaniałych, oryginalnych płyt, bo udało mi się namówić na obejrzenie rodziców, a oni po angielsku nie teges. No i obejrzeli. Nie powiem, żeby od razu zostali fanami, ale bardzo im się spodobało (no, w końcu nie obejrzeliby tylu sezonów tylko dlatego, żeby mi nie robić przykrości), w dodatku włączyli różne przaśne żarciki do swoich wykładów dla studentów i tylko patrzą, kto łapie nawiązania. Można powiedzieć, że rzeczywiście się wkręcili.
No i przyznam, że bardzo się bałam, kiedy oglądaliśmy 10 sezon. To jest w ogóle mój ulubiony sezon z 12, natomiast miałam pewne wątpliwości, bo wiecie, ten sezon jest dość mocno lewacki. Jest Bill i jej cała historia z Heather (nadal i mimo powtórek nie jestem w stanie oglądać tego spokojnie. Potwierdza się tumblrowa teoria, że lesbijki rzucą się oglądać wszystko, co ma w sobie inne lesbijki), w odcinku o Tamizie jest sporo komentarzy na temat rasizmu, potem jest bardzo nieheteronormatywny Dziewiąty Legion, no i w końcówce genderowe wynurzenia Doktora na temat Missy. Generalnie dużo tego. W ogóle sama postać Bill to już dużo. No i naprawdę bałam się, jak moi rodzice zareagują i bardzo się ucieszyłam, kiedy nie poleciało żadne "Jezu, znowu ci czarni" albo "czemu ciągle jest o tych gejach", albo inne teksty spod szyldu uciskającej poprawności politycznej. Dopiero potem zorientowałam się, że poczytuję za sukces samo nie bycie kanalią i wykazywanie minimum ludzkiej empatii.
A potem niech się dziwią, że potrzebuję psychiatry.

sobota, 5 maja 2018

Źle się dzieje

Dobrze, następny tekst, o którym ode mnie usłyszycie, to puchaty lesbijski romans bez żadnych psychopatów w narracji. Napisałam jednym cięgiem Anestezjologa, Rubinsky'ego i Grzybobranie, a ponure, paskudne teksty, w których wszyscy giną, to naprawdę nie jest mój styl i chyba źle świadczy o moim obecnym stanie psychicznym, że piszę same takie rzeczy. Generalnie mój styl to powieści psychologiczne w których bohater cierpi z powodu depresji, PTSD albo dawnych ran, ale stopniowo zostaje przywrócony do życia przez kochające otoczenie i zgadza się wreszcie po 100k cierpień duchowych pójść do psychiatry, nikt nie ginie, koniec. Ba, pisanie takich rzeczy - z obowiązkowym happy endem - sprawiało, że rzeczywiście czułam się lepiej, natomiast paskudne ponuractwa, mimo że w zamyśle miały wyrzucić mi złe rzeczy z głowy, wcale nie pomagają. Przestałam nawet pisać fanfiki, bo fanfiki piszę tylko wtedy, kiedy mogę coś w życiu ulubionych bohaterów poprawić (pacz alternatywne zakończenie Ostatniego Maga Heroldów), a nie żeby ich jeszcze bardziej skopać. Nawet mój niedokończony fanfik o Leosiu Manriku miał koniec końców prowadzić do tego, żeby mu się zrobiło lepiej w głowę (mimo że w międzyczasie zabrałam mu oko, a dałam gruźlicę). Dlatego nie wiem, co się ze mną dzieje, że zmieniłam swoją tematykę, może czas wreszcie pójść do psychiatry po tabletki na głowę, chociaż trochę głupio brać tabletki, bo moi bohaterowie są psychopatami.

Bitwa wygrana

Dzisiaj pojechałam do centrum mojej mieściny na spotkanie klubu pisarskiego i Francis spisał się bardzo dobrze, mimo że z powrotem mieliśmy pół godziny pod górę. Jak prawdziwy Manrik przygotowywałam się do tej wyprawy i od paru tygodni jeździłam codziennie rowerem do szpitala (jakieś 20 min drogi z jednym dość perfidnym pagórkiem), dlatego dzisiaj droga nie zdołała nas pokonać. Jesteśmy o krok bliżej zdobycia Taligu i mam nadzieję, że Francis nie rozsypie się do tego czasu na złom, bo nie wiem, co bez niego zrobię.

środa, 2 maja 2018

Onejromancja

Dzisiaj przyśnił mi się pewien wątek do Rudego, idealnie taki, jakiego potrzebowałam do uzupełnienia wątku Lesedi, więc trwam w zachwycie. Generalnie pomysły na teksty właściwie nigdy mi się nie śnią, pomijając ten jeden pomysł na fanfika o Leosiu Manriku o tym, jak go wieszają, ale nie wiem, czy to koniecznie można podawać za dobry przykład, bo de facto w tym śnie to mnie wieszali. W każdym razie zazwyczaj mało co mi się śni, a jak już to są to koszmary o tym, że coś mnie goni i to w dodatku takie bardziej w stylu Heaven Sent z dziewiątego sezonu Doktora. Nie wątpię, że Freud miałby dużo do powiedzenia na ten temat - świadczy to na pewno o tym, że uciekam przed prawdą porzucenia lesbijstwa i znalezienia sobie wreszcie faceta, czy coś. W każdym razie żeby przyśniło mi się coś, co nie jest koszmarem i co w dodatku pasuje do tekstu, nad który pracuję (to znaczy nie, nad Rudym nie pracuję, tylko niezobowiązująco myślę) to mi się naprawdę nie zdarza.
(A ten sen o wieszaniu w sumie nie był taki zły. To znaczy wieszali też jednocześnie Ockdella i Robera, więc byłam w doborowym towarzystwie, poza tym to był kluczowy moment kiedy zorientowałam się, że naprawdę jestem Leosiem. No i czułam, że jak mnie już powieszą, to wszystkim będzie bardzo przykro, a to w sumie więcej, niż Leoś uzyskał przez całe życie).

środa, 4 kwietnia 2018

Jestem przegrywem życiowym

Jak szumnie zapowiadałam, miałam w te święta ogarnąć wreszcie redakcję tych całych pięciu stron Bram Raju na konkurs. No więc w poniedziałek ktoś najprawdopodobniej próbował mnie otruć, bo taki szajs nie robi się od zwykłego zatrucia pokarmowego (ewentualnie dzięki studiom medycznym wiedziałam jakie paskudne choroby podejrzewać, m.in. ebolę). Generalnie mam za sobą dwa dni krwawej biegunki i w tej chwili udało mi się nie zwymiotować pierwszej herbaty od zachorowania, a więc rozważam zjedzenie kisielu. To trochę przykre, mam w domu całe stosy dobrego jedzenia (własny chleb i do tego pasty z suszonej makreli i orzechów, domowej roboty sernik i kurczaka w galarecie), a ja żywię się kisielem i torebkowanymi Liptonami. (Na co dzień mam bardzo wyrafinowany gust, jeśli chodzi o herbatę, więc picie torebkowanego Liptona to prawdziwy upadek obyczajów, ale nie jestem w stanie sobie zaparzyć czegoś innego, also, i tak przez większość czasu nie czułam smaku, więc dobre herbaty by się zmarnowały).
Long story short, nawet nie dotknęłam jakiejkolwiek redakcji. Wczorajszy dzień był trochę lepszy, bo udało mi się połknąć kilka tabletek przeciwbólowych, ale też nie robiłam nic konkretnego. Czytam właśnie Cień wiatru, a to nie byłby dobry pomysł, nie zamierzałam do cierpień fizycznych dokładać duchowych związanych z czytaniem tego gówna. Skończyło się na tym, że przyglądając tumblra mroznej natknęłam się na grę zatytułowaną Darkwood, która bardzo mnie zainteresowała: jest to niszowa gra polskiej produkcji, która polega na symulacji grzybobrania w typowym polskim lesie (prawdopodobnie Białowieży). Sama nie gram za bardzo (wyjąwszy Simsy i HoMM), ale mam dużą skłonność do oglądania licznych gameplay'ów, cały więc wczorajszy dzień spędziłam oglądając ten oto gameplay (nie wiem, czy jest jakiś szczególnie dobry, ale na niego pierwszego się natknęłam. Wiem na pewno, że części rzeczy ziomek nie odkrył, ale wszystko sobie doczytałam). Co prawda w moim stanie na samą myśl o jedzeniu grzybów skręcało mi w żołądku, ale przynajmniej nie wpadłam na głupi pomysł, żeby wczoraj wmuszać w siebie jakieś jedzenie.
Jak to często bywa z rzeczami, które mi się podobają, poczułam głęboką inspirację do tego tekstu inspirowanego Claymorem, do którego nie miałam niczego poza postaciami. Więc na chwilę obecną ów tekst jest inspirowany Claymorem i Darkwoodem. Akcja dzieje się w gęstym lesie, po którym pałęta się mnóstwo zmutowanego szujstwa, główny merysójek, Filip, pałęta się po lesie w prochowcu, kapeluszu i ze strzelbą, zjada podejrzane grzybki, po których ma ostre jazdy. Jego sidekick, Piotrek, też zjada grzybki, ale jest na niższym levlu, więc nie aż tyle, nie tak podejrzanych i nie ma aż takich jazd. Jego matka, Dagmara, nie je żadnych grzybków, nie ma jazd i nadzoruje wszystko z wioski. Nie mam jeszcze pomysłu na ruska do gry w Spot the Russian, ale na wszystko przyjdzie czas.
Jeszcze tak na marginesie i tym razem ze spoilerami do wyżej wspomnianych i innych tego typu produkcji - bardzo mi się nie podoba ta maniera, że koniec końców rozwiązaniem zagadki jest fakt, że to wszystko był nadzorowany odgórnie eksperyment. Już podczas czytania Claymore mnie to zirytowało i za każdym z licznych pojawień tego motywu podobał im się coraz mniej. W moim tekście nie będzie żadnego eksperymentu, ba, nie będzie żadnego "zewnętrza", po prostu taki jest świat i tyla. Idea eksperymentu była oryginalna może ze dwadzieścia lat temu, teraz wszystkie jej powtórzenia są co najwyżej wtórne, już szczególnie, kiedy wyszły Shingeki no kyojin i Niezgodna.

sobota, 24 lutego 2018

Remcon

Mój pierwszy konwent w życiu, na który właściwie wprosiłam się jako gość gościa specjalnego (polecam mieć wśród znajomych wydawanych pisarzy). Wydałam znacznie więcej, niż planowałam (głównie na kubki z Doktora Who i K project), ale raz się żyje. Program nie był zachwycający, byłam tylko na jednej prelekcji wspomnianej wyżej wydawanej pisarki (Clio Gucewicz, autorki Księżycowych Blizn), na której było naprawdę fajnie. Prowadzący nie miał co prawda czasu przeczytać książki, ale znał się trochę na pisaniu i historii Japonii, więc rozmowa potrwała całą zaplanowaną godzinę i zahaczała o różne tematy. Poza krewnymi i znajomymi królika znalazło się też kilku przypadkowych ludzi, z których jeden zaraz po skończonej prelekcji poszedł kupić książkę na stoisku Kirina i wrócił po podpis, na co się bardzo cieszę, bo osobiście jestem wielką fanką Księżycowych Blizn i cieszy mnie każdy kolejny czytelnik. Poza tym większość czasu przesiedziałam na stosiku, co mi bardziej odpowiadało niż plątanie się po szkole i wchodzenie w interakcje z ludźmi, których nie znam.
Widać było trochę braków w organizacji, ale może następnym razem pójdzie lepiej, bo to pierwszy konwentu urządzany na północy od wielu lat, wiec można zastosować taryfę ulgową, tym bardziej, że większość organizatorów była z Trójmiasta, a nie wypożyczyła się z innych miast konwentowych. Trochę rozczarowały mnie prelekcje, ale może to też kwestia tego, że to był konwent stricte mangowo-animowy, a z tym od jakiegoś roku mam przerwę. Jednak naprawdę brakowało mi prelekcji jakiś popularno-naukowych, które by złapały moją uwagę, poza prelekcją Człowieka z Szopem na Głowie (spacerował sobie po konwencie z żywym udomowionym szopem, który siedział mu na ramieniu), ale odbywała się ona wieczorem, kiedy już szłam do domu, więc na niej też nie byłam.

czwartek, 15 lutego 2018

Update: podbijanie Taligu

Francis podczas bitwy sprawił się bardzo dobrze, to znaczy nic mu nie odpadło, a więcej od przyszłego króla nie oczekujmy. Kenalloa też ma się nieźle, natomiast Manrik (ja) jest poniżej wszelkiej krytyki. Wydawało mi się, że skoro całkiem dobrze mi idzie a/ chodzenie po górach, b/ jeżdżenie rowerem po płaskim, to z jeżdżeniem po górach też nie będzie problemu. Also, nie do końca się spodziewałam gór na pomorzu, bo przy chodzeniu się tego tak nie odczuwa, ale z drugiej strony kiedy osiedla mają w nazwach takie słowa jak "morena", "góra" albo "dolina", to można wnioskować, że te przewyższenia jakieś są. Ulrich-Berthold byłby zażenowany.

czwartek, 1 lutego 2018

Rower cd.

Francis Ollar ma nowy niebieski koszyk. Jest to ponadczasowa metafora, że dopiero po przyłączeniu się Alvy najazd stał się funkcjonalną oczywistością (rower tylko wtedy ma sens, jeśli jest w nim koszyk), poza tym koszyk pełen zakupów to paralela Kenalloa będącego spichlerzem i skarbcem Ollarii. Teraz dopiero tandem Ollar + Manrik + Alva jest gotowy do wyruszenia na podbój reszty świata.

Rower

Odkurzyłam nieużywany od dziesięciu lat rower i zamierzam nim jeździć. Jest czarno-srebrny, więc nazwałam go Francis Ollar. Jako że jestem etatowym Manrikiem, mam już prawdziwy dream-team do podbijania Taligu.