Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NaNo 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NaNo 2018. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 grudnia 2018

NaNoWriMo 2018

Wszędzie wokół ludzie piszą relacje, to ja też napiszę, co mi szkodzi. Pewnie będę się powtarzać, ale whatever.

1. Napisałam 50k do 17 listopada, co było bardzo fajne (później niż w zeszłym roku, ale się nie spieszyłam, poza tym jest to o wiele wyższej jakości 50k niż wtedy), natomiast zła wiadomość jest taka, że mój wielki plan na 100k pierwszego tomu peżetki poszedł się gonić, bo od dwóch tygodni wszystko zupełnie zdechło i napisałam w sumie jakieś 8k i to z ogromnym trudem i jakości końcówki Anestezjologa, czyli marnej.
2. Nie wiem czemu nie uwierzyłam sobie za pierwszym razem, ani w sumie za drugim i za trzecim, ale to, na czym łapię największe faile, to druga połowa drugiego aktu. Do midpointu zazwyczaj wszystko mam całkiem dobrze przemyślane, idzie mi sprawnie... a potem wszystko zdycha i nie wiem, co pisać. Tak bardzo skupiam się, żeby mieć ten centerpiece wymuskany i wychuchany, że potem zostaje mi tylko "potem coś zrobią, gdzieś dojdą i będzie jakaś polityka". Tzn wiem oczywiście, co się ma dziać w tych kolejnych 40k i mogłabym wstawiać gwiazdki i pomijać te fragmenty, na których się blokuję. Tylko druga połowa tekstu jest cała jednym takim fragmentem. Skończyłoby się na tym, że napisałabym streszczenie końcówki tomu, co zresztą zrobiłam już w przypadku Anestezjologa i nie tknę redakcji tego kijem od szczotki przez najbliższe dziesięć lat.
3. Z dobrych rzeczy muszę przyznać, że gnębienie Kiryła jest jeszcze lepsze, niż się spodziewałam, dzięki temu udało mi się pobić mój życiowy rekord słów napisanych jednego dnia, kiedy to 11 listopada wklepałam 7,7k. Poza tym charakter Tale dość dobrze mi się wykrystalizował - może jest odrobinę inny, niż się spodziewałam, ale bardziej mi się podoba i ma sens. Poza tym oddałam swoje serce pisaniu w pierwszej osobie i zdecydowanie planuję więcej eksperymentów z narracją (tzn pierwsza osoba nie jest specjalnie eksperymentem, wszyscy i ich matka tak kiedyś pisali, ale odkryłam, że to może być dobre).
4. Poza tym jak zawsze nie byłoby mnie tu gdyby nie NaNowy Gdańsk team, bez którego napisanie tego tekstu byłoby o wiele trudniejsze, nie miałabym brokatu i creepy jednorożców, Kiryła nie goniłyby wilki i nie miałabym piosenki o Henryku Kwiatku.

niedziela, 18 listopada 2018

Done

Wczoraj skończyłam NaNo, znaczy się napisałam 50k. Co nie znaczy, że teraz będę leżeć do góry brzuchem, bo mam nowy cel, to znaczy napisanie do końca roku kolejnego 50k i tym samym skończenie tego tomu Rudego. Trzymajcie kciuki, jeszcze nigdy nie napisałam za jednym zamachem takiej ilości tekstu. Było trochę mindfucku, kiedy Kiria mi się pięknie zdekompensował, a z kolei Tale zaczyna trochę nabierać empatii.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Życiowy rekord

Wczoraj byłam chora (to znaczy nadal jestem) i siedziałam cały dzień w domu, więc jakimś cudem tak się złożyło, że napisałam 7,7k słów. To o jakieś 1,5k więcej niż mój zeszłoroczny życiowy rekord, a wiecie... w sumie nawet aż tak tego nie cisnęłam, mam spory zapas i nie musiałam się spieszyć. No i to nie jest 7,7k bełkotu, ale zupełnie zdatnego tekstu, oczywiście jak na standardy NaNowe. Chyba sekret tkwi w tym, że zaczęłam narrację Kiryła - tak, pierwsza osoba w czasie przeszłym - i a/ ta pierwsza osoba to był naprawdę dobry pomysł, b/ wiedziałam, że akurat tego jednego bohatera będę uwielbiała dręczyć, ale nie spodziewałam się, że aż tak, poza tym największe katastrofy życiowe nawet jeszcze się mu nie przydarzyły.
Idk, mam wrażenie, że dla ludzi niepiszących to trochę dziwne, czemu pisarze tak lubią niszczyć życie swoich ulubionych bohaterów, ale to tak z miłości, żeby im się charakter odpowiednio rozwinął (jak papier toaletowy: powoli i nieubłaganie). Był kiedyś taki wspaniały komiks i teraz żałuję, że go sobie nie zapisałam, bo nie mogę go znaleźć - ale to było chyba o pisaniu fanfików (jeden pies) i szło mniej więcej tak: autor ma swoich kochanych, wychuchanych bohaterów i wszystko jest miłe, aż WYCIĄGA MŁOTEK I ROZWALA WSZYSTKO W DRZAZGI, żeby potem z trudem i oddaniem składać z powrotem połamane kawałki tak jak były wcześniej, aż znowu wszystko idzie do miłego I WTEDY ZNOWU WYCIĄGA MŁOTEK I ROZWALA WSZYSTKO W DRZAZGI.
Tak, to nasza praca. Czuję się bardzo emocjonalnie związana z tym przeczytanym dawno temu komiksem.

sobota, 10 listopada 2018

Bohater niewspółpracujący

Więc tak, Tale jest oficjalnie najbardziej niewspółpracującym bohaterem ever, a dodam, że zdarzało mi się pisać z POV Lionela Savignaca, więc wiecie. W każdym razie uznała, że będzie ze mną rozmawiać tylko w pierwszej osobie czasu teraźniejszego... co nie byłoby jeszcze taką katastrofą, w końcu to łatwy sposób wyeksponowania POV-u głównej bohaterki od POV-u Nastii, którym pisałam pierwszą 1/4 powieści. Tylko że Tale nie jest główną bohaterką całej serii, a jak już zaczęłam ją w ten sposób pisać, będę musiała to kontynuować przez kolejne 4 tomy. (Zresztą nie sądzę, żeby w ogóle pozwoliła mi zmienić sposób narracji w późniejszych częściach, szczególnie kiedy się już przyzwyczaję).
Plan jest taki, że Kiryła też będę pisała w pierwszej osobie - czasu przeszłego, but still. Tzn czas przeszły-teraźniejszy akurat mocno nawiązuje do sposobu postrzegania przez nich świata, ale że pierwsza osoba... no cóż, to jest właściwie ich historia. W międzyczasie będą się pojawiały inne POV-y drugoplanowe poza Nastią, ale oni będą konsekwentnie w trzeciej osobie (chociaż jeden gość mnie korci, żeby spróbować też czas teraźniejszy, ale to w trzecim tomie). Dlatego mam wrażenie, że mam już pobieżny schemat działania, o ile oczywiście Kiria nie stwierdzi, że Tale weszła mu na ambicję (spoiler: wyjątkowo się nienawidzą) i nie uzna, że on z kolei chce czas przyszły niedokonany w stronie biernej czy coś takiego.
Aaanyway, Tale ze mną dodatkowo nie współpracuje, bo uznała, że jej debiut jako narratorki ma mieć formę strony z pornosa. Jakbyście się zastanawiali, w jaki sposób bohater może jeszcze bardziej niewspółpracować.

wtorek, 6 listopada 2018

Raport z listopada

(Uwaha, ta notka nie liczy się do mojej normy, po prostu powinnam teraz pisać historię choroby, więc uznałam, że notka na bloga to jest to).
- Więc od czasu, kiedy ostatnio się odzywałam, zostałam ciotką. Już za jakieś dziesięć lat, kiedy moja bratanica będzie umiała czytać i komunikować logicznie swoje potrzeby, będę mogła być tą szurniętą krewną, która daje jej do czytania dziwne rzeczy. Tak, nigdy nie miałam dobrych wyników na pediatrii.
- Jestem debilem i spadłam z konia podczas zsiadania. To znaczy nie tyle spadłam, ile przesadziłam trochę z treningiem i nogi się pode mną złożyły i cały ciężar poszedł w ręce, więc chyba sobie nadwyrężyłam lewy brak, nie polecam. Potrzebuję niższego konia, ale ostatni raz, jak siedziałam na niższym koniu, zaryłam łokciem w ziemię bo debil się spłoszył i potem leczyłam rękę przez kilka tygodni.
- Moje opko na Pomieścia zostało odrzucone, bo jest za mało oryginalne. Wiecie, nie to, że mam teraz urażoną dumę czy coś, ale dostaję bardziej konstruktywne komcie na blogasku niż odpowiedź państwa redaktorstwa. Miło, że w ogóle komentują nadesłane prace, bo wcale nie muszą, ale poziom komentarza jest trochę smutny.
- NaNo ma się dobrze, chociaż piszę zdecydowanie wolniej niż w zeszłym roku, dopiero przeszłam dzisiaj 17k. No ale nie spieszymy się, mamy czas, i tak nie planowałam 100k podczas tego listopada.

sobota, 27 października 2018

Upadek

Ogarnęłam już konspekt na Rude i zostało mi jeszcze tylko dopisać parę rzeczy i poukładać retrosy, żeby stanowiły jakiś spólny wątek. Natomiast podczas pisania character arców jak zawsze zebrało mi się na myślenie. Dla trójki głównych bohaterów mam positive change arc, disillusionment arc i corruption arc, a więc widać przewagę negative change arc. Nie wiem, z jakiegoś powodu nawet jak w założeniu wszystkie moje teksty mają być pozytywne, to jak już siadam do rozpisywania ich, pisanie negative change zawsze o wiele bardziej ze mną rezonuje. Kiedyś myślałam, że to kwestia szalejącej, nieleczonej depresji, ale jak widać nie, bo nadal mam taką tendencję. Nie wiem czemu, ale upadek i katastrofa bardziej do mnie przemawiają, ale to tylko wtedy, kiedy ja coś piszę. W rzeczach, które czytam, chcę happy endów i żeby żadnemu z moich słoneczek nie stała się krzywda.
No i pewnie pamiętacie moje wieszanie psów na zakończeniu Ostatniego Maga Heroldów? Nie chciałabym czegoś takiego zrobić z Rudym, a jednocześnie Kirył (inni też, ale on szczególnie) ma taki potencjał niesienia katastrofy na niespotykaną skalę... Ciężko mi się będzie temu oprzeć, mimo że póki co mam przemyślaną fabułę całej serii i wcale nie kończy się tak tragicznie.
Już niedługo listopad i nie wiem, czy będę miała okazję napisać coś podczas NaNo (bo nawet jak skończę wcześniej, to chciałabym iść na skończenie pierwszego tomu, a to więcej niż 50k), dlatego już teraz się żegnam i życzcie mi powodzenia.
Aha, poza tym możecie być ze mnie dumni, wysłałam Władzia na Pomieścia i teraz już nie ma odwrotu.

niedziela, 21 października 2018

Pokaż swoje mordy

W sensie nie mordy na ludziach, tylko mordy ludzi. Z mojego obecnego NaNo, znaczy się z Rudego.

czwartek, 18 października 2018

Kelner, mój główny bohater jest antagonistą!

Zdarzyło mi się to dwa razy i wiecie? wiem nawet dlaczego. Słoneczniki i Rude to teksty, nad którymi bardzo dużo myślałam i w których ważne są relacje interpersonalne, mam je rozważone naprawdę bardzo szczegółowo. Przy czym ta najważniejsza dynamika jest zazwyczaj pomiędzy pewnym gronem głównych bohaterów: w Słonecznikach między Sam a Jaccą, a w Rudym między Kiryłem, Anastazją i Tale (tak, Lesedi od jakiegoś czasu nazywa się Tale, nie wiem, jak to się wymawia w Setswana, ale ja mówię tak, jak się pisze). No i na tych relacjach się skupiam, rozpisuję je sobie, ewoluuję i tak dalej. A potem przychodzi ten moment, kiedy zaczynam konstruować fabułę i korzystam z metody Weiland, a tam dość istotną kwestią jest relacja między protagonistą i antagonistą. Bo to jest istotna kwestia, mind you.
I w tym momencie dochodzę do tego momentu, że nie mam antagonisty. To znaczy jacyś tam są, ale nie są aż tak istotni, żeby napędzać całą fabułę. W Słonecznikach nawet nie jestem w stanie zdecydować, kto jest główniejszy: czy Marlena (pięść zespołu), czy Franek (yy, nie wiem, czemu w ogóle on miałby być ważny, ale takie było założenie), czy pan Łukasz (taka raczej chaotyczna siła neutralna), czy może Blackmoore (knujący Amerykanin). Jak widzicie nie ma nikogo, kto by rzeczywiście stanowił główną przeszkodę, a ich wątki tak jakby rozwiązują się w momencie kulminacyjnym na początku trzeciego aktu. Trzeci akt jest głównie o tym, co odwala Jacca po tym, jak już udało im się pokonać "tych złych". Właściwie cały trzeci akt skupia się na relacji Sam-Jacca i nikogo innego tam nie ma. Widzicie mój problem. Ta konstrukcja fabularna nie ma najmniejszego sensu, chyba że to Jacca jest głównym przeciwnikiem Sam. Owszem, jest jej bff i właściwie im na sobie zależy, ale mają konflikt interesów i rozbieżne poglądy na temat pewne sprawy, a że te sprawy dotyczą egzystencji świata...
Z Rudym sprawy mają się trochę inaczej, bo de facto miałam gotowe miejsce na antagonistę. I on jest w tym tekście i wogle, potem nawet jest istotny w drugim tomie. Natomiast doszłam do wniosku, że to nie ma sensu. Owszem, na płaszczyźnie fizycznej on jest ich przeciwnikiem, natomiast tak naprawdę najwięcej emocji i czasu poświęciłam konfliktowi na linii Tale-Kirył. Z motywów napędzających całą fabułę to właśnie tej dwójki wpisują się w temat przewodni tekstu i one dwa są ze sobą najbardziej sprzeczne, powodując konflikt w sferze emocjonalnej. Michael jest przeciwnikiem całej trójki, bo tak wyszło, ale de facto nie mają oni konfliktu w kwestii poglądów i motywów. Upieranie się na takiego antagonistę tylko osłabiłoby ogólną konstrukcję fabuły.
To są te takie nieoczywiste, drobne rzeczy, o których zaczęłam dopiero myśleć, kiedy rozplanowałam sobie te teksty na tym najbardziej ogólnym, podstawowym poziomie, który zazwyczaj jest zbyt oczywisty, żeby poświęcać mu czas przy tworzeniu konspektów. Ale teraz widzę, że mam tendencję, żeby to właśnie się sypało, a jeśli to się sypie, to posypie się też cała reszta.

niedziela, 14 października 2018

Kilka rzeczy

W kolejności od najważniejszych:
- Podłubałam sobie dalej w Rudym, popatrzyłam z różnych stron i nie mam co prawda jeszcze konspektu, ale doszłam do zaskakującego wniosku, że Kiria jest w tym tekście tak naprawdę antagonistą... Tak, wiem, słyszeliście to już w przypadku Słoneczników, ale shit happens. Chyba napiszę kiedyś o tym notkę, bo zaczynam rozumieć, czemu to się dzieje z moimi tekstami. Natomiast Kiria jest antagonistą tylko w pierwszym tomie, natomiast tak generalnie w całym cyklu jest głównym bohaterem. Jak bór da, będzie to miało pięć tomów, dla których już nawet rozkminiłam z grubsza tytuły i fabułę.
- Zredagowałam wreszcie Władzia i tak właściwie dużo do redagowania nie było, kilka jakichś małych błędów logicznych, o których pamiętałam, a reszta to kosmetyka. Pisałam lepsze teksty, ale generalnie nie jest zły. Mam wrażenie, że trochę ubogo tam z emocjami, ale czekam jeszcze na opinię pierwszej instancji opiniotwórczej, a zresztą zamierzam go wysłać tak czy inaczej.
- Quest-urban fantasy wyrwało się spod mojej kontroli tak potężnie, że okazało się sequelem Czarnoksiężniczki... Z jednej strony trochę mindfuck, z drugiej to w końcu jeden tekst mniej do napisania, więc chyba jednak na tym wygrywam. Poza tym wszystko tak bardzo składa się do kupy... Społeczeństwo boi się magów i zamyka ich w wieżach? Wina Lys. Świat pokrywa pustynia? Wina Lys. Podejrzany artefakt robiący chujwieco z ludźmi? Ofc wina Lys. Jeszcze nie wiem, jaki będzie jej status, ale korci mnie wersja, że jej kult był tak potężny, że właściwie wyparł wszystkich pozostałych bogów z panteonu i została tylko ona. Typowa Lysanor.
- Zazwyczaj jak mam za mało czasu i za dużo rzeczy na głowie nachodzą mnie myśli, co by tu jeszcze zrobić, ale w sumie od paru miesięcy krążę wokół pomysłu, żeby rozpocząć serię, hm, bardzo popularno-naukowych notek o tym, co pisarz powinien wiedzieć z medycyny. Wiecie, jakieś ciekawe choroby, które można zrzucić na swojego bohatera, prostowanie popularnych mitów i takie tam. Jeszcze nie wiem, czy rzeczywiście się za to wezmę, ale jest taki pomysł.

sobota, 29 września 2018

Rude

Tak właściwie, to będę pisać Rude na NaNo. I tym razem mam nadzieję, że to ostateczna decyzja, bo w październiku najwyższy czas planować i robić konspekty, a nie zastanawiać się, co ja w ogóle będę pisać. Trochę się boje, bo wiecie, Rude, moje kochane wychuchane słońce, które nigdy jeszcze nie zetknęło się z twardym i bezlitosnym światem w postaci researchu, brzytwy Ockhama i ogarnianiu świata przedstawionego. Mam dwa zeszyty notatek i czas poukładać to wszystko ładne, wypieprzyć niepotrzebne i przestarzałe informacje i jakoś zatuszować drut i taśmę klejącą trzymającą razem poszczególne pomysły.
Z dobrych wiadomości: znów będę opisywać lesbijski romans i mam nadzieję, że wyjdzie mi lepiej, bo żadna z bohaterek nie będzie stawiała tak zaciekłego oporu w maniu jakichkolwiek uczuć jak Olga.
Ze złych wiadomości: około 50k będę opisywać dwie sceny samobójcze, przy tym jedną udaną, więc będę musiała się twardo trzymać rzeczywistości, żeby nie dać się wciągnąć własnemu tekstowi w to myślenie, ale mam nadzieję, że mi się uda. To dla mnie bardzo ważne sceny i, cholera, chcę, żeby mi się udały, ale jednocześnie wiem, że mam do nich bardzo emocjonalny stosunek i to nie jest najlepsze dla zdrowia psychicznego.

piątek, 7 września 2018

Skończyłam Władysława

Skończyłam Władzia i jak na taki krótki tekst strasznie długo mi to zajęło, bo całe dwa tygodnie. Na szczęście w końcówce pomógł mi Sobieski (król) i soundtrack z Doktora. Zamierzam Władysława zredagować oczywiście, ale to na początku paździenika, żeby zdążył się odleżeć, a mam teraz prawie dwa miesiące na wprowadzanie poprawek.
Ale tymczasem do końca tego miesiąca powinnam wreszcie zabrać się za Anestezjologa i a/ zredagować do końca to, co już mam i wprowadzić poprawki dodane już po redakcji, 2/ napisać ten zasrany plan na tegoroczne NaNo, ale tak, nadal nie mam pojęcia, co tam się ma dziać. Jak na razie kupiłam sobie w Flying Tiger stos ładnych notatników do NaNo, w których i tak nie odważę się pisać, bo są za ładne i nie chcę ich popsuć. Jeden jest nawet puchaty i fioletowy jak Walentyn.

środa, 15 sierpnia 2018

Klimat i inne

Jak na razie dzisiejszy dzień był bardzo owocny w sukcesy, głównie dlatego, że nie musiałam zwlekać się rano i jechać do tego parszywego szpitala. W każdym razie wczoraj posiedziałam w mojej bibliotece uniwersyteckiej i zrobiłam trochę researchu, niestety akurat nie na ten temat, który by mi się przydał, ale też dobrze. Dzisiaj udało mi się poprawić Romanowa i jeszcze czeka mnie lekkie poprzycinanie sceny z początku i tekst będzie gotowy do wysłania kolejnym betom.
Poza tym przekonuję się coraz bardziej do kończenia Anestezjologa na tegorocznym NaNo, ale chyba znowu będę trochę majstrować przy opisach. Generalnie z tym tekstem mam problem, bo to ma być z jednej strony space opera, odległa przyszłość, statki kosmiczne i cała reszta, a z drugiej strony taka najparszywsza Rosja z końca caratu/ postkomunizmu - niby upadek złego systemu, ale nikt nie wie, czy nowy jest lepszy, a może te złe rzeczy to pozostałości poprzedniej władzy. Nie do końca jestem w stanie to jakoś ze sobą połączyć, no ale zawsze trzeba sobie stawiać wyzwania. W obecnej wersji trochę za bardzo poszłam w space operę i wszystko jest tam za nowe, za sf. Zaopatrzyłam się w stos zdjęć i będę starała się bardziej wczuć. Poza tym przeczytałam właśnie Białą gwardię Bułhakowa - i generalnie jak tej książce mam sporo do zarzucenia, tak podobała mi się o wiele bardziej niż Mistrz i Małgorzata (mniej elementów komicznych przede wszystkim) i miała naprawdę doskonały klimat, dokładnie taki, jak chciałabym oddać. To co prawda Ukraina pod koniec 1918, ale o coś takiego dokładnie mi chodziło.

niedziela, 12 sierpnia 2018

Plany kolejnej katastrofy

No cóż, jak dotąd wszystkie moje plany poległy śmiercią haniebną i tchórzliwą, dezerterując z pola walki zanim jeszcze nawiązała się prawdziwa bitwa, dlatego opracuję sobie kolejny plan, który będę mogła zawalić.
1/ To 1k, które napisałam z opka do Syberii idzie do kosza, bo muszę jeszcze tekst przemyśleć w kontekście narratorki. To kolejna pierwszoosobówka, więc przydałoby się poćwiczyć pisanie wyrazistych POV-ów, a jak na razie Freema była dosyć przeźroczysta. Ale to na razie odkładam.
2/ Skupiam się natomiast na opku o Władziu, bo deadline Pomieści wciąż się zbliża, a ja może i mam koncepcję na tekst, ale konspekt się sam nie napisze. A musi być dobry, bo pomysł jest duży, a miejsce ograniczone.
3/ Chyba postaram się na NaNo skończyć tego Anestezjologa, ale do tego musiałabym zredagować drugą połowę (de facto drugą ćwierć, noale), a przede wszystkim wymyślić, co w ogóle tam się ma dziać. Niby sierpień sierpniem, ale przydałoby się już przeznaczyć na to trochę wysiłku umysłowego.
4/ Gdybym skończyła (tym razem na prawdę) Anestezjologa przed końcem NaNo - co jest możliwe, bo pierwsze pół ma 40k - to wtedy spróbowałabym się jeszcze raz z Syberią, bo mam do tego konspekt i research, więc mało byłoby zachodu przed pisaniem.

sobota, 19 maja 2018

NaNo 2018

Wiem na pewno, że nie zdążę Anestezjologa skończyć latem, bo mam już do napisania trzy opowiadania (Syberię, Władzia i to o Czarnoksiężniczce, chociaż idk, może z tego zrobię coś większego) i trochę redagowania, dlatego chciałabym spędzić z tym tekstem kolejne NaNo i powinno być wtedy idealnie na skończenie. Z drugiej strony miałam pisać w tym roku ten tekst o podróżach w czasie... Pewnie skończy się na tym, że w październiku będę nagabywać ludzi, żeby podjęli za mnie decyzję, bo się nie mogę zdecydować kolejny raz z rzędu.
W każdym razie ten tekst ma być czymś w rodzaju zbioru opowiadań, tzn pięć opowiadań na jakieś 10k, każde rozgrywające się w innym czasie/ na innej planecie, ale wszystko dość mocno powiązane ze sobą i mające spójną strukturę fabularną. Zadanie jest o tyle skomplikowane, bo chce najpierw rozplanować cały tekst wedle prawideł struktury powieści (hook, plot turn, midpoint itd.), a potem to samo zrobić z każdym punktem osobno. Jak na razie dostatecznie skomplikowane jest dla mnie robienie pojedynczego planu, więc to będzie o poziom wyżej, no ale trzeba stawiać sobie ambitne cele. Dodatkowo komplikuję sobie życie, bo mam dwoje głównych bohaterów i de facto ta rola jest dziedziczona: przez pierwsze dwa teksty większą rolę dostaje jeden z bohaterów, w dwóch ostatnich wszystko ogniskuje się bardziej na drugiej bohaterce.
W każdym razie mam opracowane postacie, tak zwaną drużynę L (z dość oczywistych względów).
Leonardo Alvarez - licencjonowany podróżnik w czasie, miły, puchaty, dużo się uśmiecha, nikt go nie bierze do końca poważnie, lubi biegać. Kiedy był dzieckiem życie uratowała mu tajemnicza Kobieta w Czerwonym Płaszczu i teraz jej szuka.
Lupita Mwangi - uczennica Leo, pochodzi w rodziny sławnych podróżników w czasie, ale wszyscy poza nią zostali wymordowani podczas wojen konkurujących rodzin. Chce dopaść swoich wrogów i jest zacięta w zemście, bardzo poważna i bezpośrednia.
Juliana Lubiewska - Ziemianka z początku XIX w, spotyka czystym przypadkiem Lupitę i stara się rozwikłać jej tajemnicę. Przez homofobiczne otoczenie chętnie zwiałaby z tego czasu i miejsca z pierwszą podróżniczką w czasie, jaką spotka na swojej drodze.
R.A. Nihaya Procyoni - aka Kobieta w Czerwonym Płaszczu, rodowita Procyonka, podróżniczka w czasie z dalekiej przyszłości. Coś ją łączy z Leo, ale spotykają się w odwrotnej kolejności, więc Leo jeszcze nie wie co.
(Nie mam w tym tekście ani jednej osoby hetero, a to mało nawet jak na mnie. Leo jest bi i w dodatku trans, Lupita bi albo pan, Juliana jest lesbijką, Nihaya nie wiem, ale też mi nie wygląda na hetero).